Cmentarz nr 335 Niegowić
IX Okręg cmentarny - Bochnia
Fort nr 7 "Bronowice/Za rzeką"
Twierdza Kraków
Cmentarz nr 278 Jadowniki Podgórne
VIII okręg cmentarny - Brzesko
Cmentarz nr 270 Bielcza
VIII okręg cmentarny - Brzesko

Obóz karny "Liban" 


W maju roku 1942 okupacyjne władze hitlerowskie zorganizowały karny obóz pracy na terenie kamieniołomu i wapiennika dawnej firmy krakowskiej „Liban”. Obóz przeznaczony dla tych młodych chłopców zmuszanych do pracy w organizacji Arbeitsdienst, którzy uchylali się od podjęcia służby w niej, uciekali po przymusowym wcieleniu lub dopuszczali się w rozumieniu okupanta wykroczeń w pracy. Byli to wyłącznie Polacy, 17 – 20 – letni, pochodzący z miast i ze wsi.

Miejsce na obóz zostało wybrane w bardzo korzystnych warunkach dla okupanta warunkach terenowych. Zakład dawnej firmy „Liban” znajdował się w peryferyjnej w tym czasie części prawobrzeżnej dzielnicy Krakowa, Podgórzu. Obejmował eksploatowany od dawna kamieniołom, tworzący otoczony z trzech stron amfiteatr skalny o prostopadłych ścianach dochodzących do kilkudziesięciu metrów wysokości oraz mieszczące się na terenie tego amfiteatru dwa duże, czynne piece do wypalania wapna z doprowadzoną do nich bocznicą kolejową. Tylko od strony północnej wzdłuż ulicy Za Torem (nazwa pochodzi od jej przebiegu za torem kolejowym linii Kraków – Zakopane) dostęp do obozu był zamknięty od ulicy parterowymi budynkami administracyjnymi.

Opisane warunki terenowe, jak również rodzaj położonego tam zakładu pracy stwarzały dla okupanta idealne miejsce na obóz karny. Był on odsunięty od wielkiego skupiska miejskiego, bardzo łatwy do pilnowania, a także mieścił zakład produkcyjny o warunkach pracy niezwykle ciężkich i niebezpiecznych, zwłaszcza dla młodych chłopców, mało odpornych jeszcze fizycznie i z reguły nie obznajomionych z taką pracą. Do tych z natury już ciężkich warunków okupant dodał w sposób dla siebie typowy potworne warunki mieszkaniowe, głód, prace wyniszczającą, niejednokrotnie trwającą przez pełne 24 godziny, szczególnie złe warunki sanitarne, brak jakiejkolwiek odzieży ochronnej przy pracy lub cieplejszej w zimie. Więźniowie mieszkali na poddaszu nieczynnego pieca, gdzie spali na cienkiej warstwie słomy.

Praca polegała na wydobywaniu kamienia pod kierownictwem fachowych robotników (stałych pracowników kamieniołomu) i na czynnościach związanych z wypalaniem wapna. Ten drugi dział pracy był najcięższy; polegał na załadowywaniu pieca, jego obsłudze przy wypalaniu wapna i wydobywaniu z pieca wapna już wypalonego. Szczególnie ciężkie było rozładowywanie pieca, gdyż odbywało się w bardzo wysokiej temperaturze i z braku ochronnych rękawic prowadziło często do poparzeń. Do tych prac dochodziło wyładowywanie wagonów z węglem oraz załadowywanie na wagony już wypalonego wapna i tłucznia do budowy dróg. Więźniowie byli popędzani przy pracy przez vorarbeiterów, którzy nie szczędzili bicia. Wyżywienie, bardzo skąpe ilościowo, było szczególnie ubogie w białko, co prowadziło bardzo szybko do wyniszczenia i upadku sił. Kierownik obozu, arbeitsfuhrer Benecke, sprawował absolutną władzę.  

. Terenu obozu pilnowało stale kilku wartowników, żołnierzy Sonderdienstu; warunki obozu sprawiały, że ich liczba wystarczała. Opiekę lekarską nad więźniami zlecono wówczesnej Sozialversicherungskasse, w której przy okupacyjnym kierowniku (dr Puppe) polskie środowisko lekarskie reprezentował dr. M.Centkiewicz. Oprócz lekarza (Józefa Mruka) opiekę nad więźniami zapewniali kolejno dwaj ówcześni studenci medycyny, Wilibald Rzicha (przez parę pierwszych miesięcy) a następnie Stanisław Mondelski. Warunki pracy i warunki bytowania były tak ciężkie, że nawet zupełnie zdrowy i silny człowiek nie mógłby ich przetrzymać przez dłuższy okres czasu. Sytację młodych ludzi ratował przede wszystkim fakt, że kierowano ich do karnego obozu pracy zazwyczaj na okres trzech miesięcy i po odbyciu kary odsyłano ich do tych samych oddziałów Arbeitsdienstu, w których przedtem pracowali. Niekiedy wymiary kary były wyższe, nie przekraczały jednak kilku miesięcy. Więźniowie odchodzili z reguły w stanie daleko posuniętego wyniszczenia. Niekiedy udawało się zwolnić skazanych na obóz pracy, mianowicie w wypadkach stwierdzenia przy wstępnym badaniu po przybyciu do obozu kalectwa lub ciężkich chorób, bo i takich młodych ludzi kierowano do Arbeitsdienstu. Dużą pomoc więźniom w tej tragicznej sytuacji niosło krakowskie środowisko lekarskie oraz krakowski komitet Rady Głównej Opiekuńczej (RGO). Należy tutaj podkreślić jednolitą patriotyczną postawę lekarzy szpitali krakowskich, którzy rozumiejąc doskonale tragiczną sytuację młodych ludzi, mimo wielkiego ograniczenia możliwości leczenia szpitalnego Polaków przyjmowali tych chłopców i niejednokrotnie przetrzymywali ich przez wiele tygodni, czasem aż do końca trzymiesięcznej zazwyczaj kary uwięzienia w obozie, ratując im zdrowie a bardzo często i życie. Wyniszczająca praca, nędzne, głodowe odżywianie i antysanitarne warunki pomieszczenia powodowały jednak, że mimo pomocy z zewnątrz sytuacja w obozie była stale tragiczna. Znacznie pogarszało ją stosowane przez kierownictwo obozu w różny sposób znęcanie się nad więźniami oraz przeciążanie pracą. Hitlerowskie kierownictwo obozu niejednokrotnie zmuszało więźniów do pracy, bez przerwy przez 24 godziny, zwłaszcza w czasie wyładowywania wagonów z węglem oraz załadowywania wyprodukowanego wapna palonego. Metody fizycznego znęcania się nad więźniami były różnorodne. Bicie bykowcami należało do pospolitych sposobów. Stosowano też inne, np. za jakieś drobne przewinienie przykuto chłopca na krótkim, nie więcej niż jednometrowym łańcuchu za nogę do zewnętrznego muru pieca na okres tygodnia, przy czym w ciągu dnia musiał stać. Na noc nie dostawał żadnego okrycia. Mimo że na nogach powstały u obydwu głębokie, wrzodziejące rany, Benecke nie tylko nie zgodził się na zaprzestanie tej tortury, ale nawet na skucie za zdrowe ręce, by można było leczyć uszkodzonia nóg. Jeszcze inny młody więzień chodził przez wiele dni do pracy, wlokąc za sobą na łańcuchu około 10-kilogramową kulę żelazną, której nie wolno my było wziąć do rąk, by ulżyć nodze stale kaleczonej łańcuchem. Najbardziej chyba barbarzyńskim sposobem znęcania się nad więźniami był sposób karania za próbę ucieczki. Opisane na wstępie warunki terenowe obozu powodowały, że ucieczki z reguły nie udawały się mimo nielicznej straży. Utrudniały także ucieczkę wyniszczenie więźniów oraz nędzna, zniszczona odzież, po której łatwo było ich rozpoznać. W razie schwytania uciekinierów przeprowadzano swoistego rodzaju dziesiątkowanie. Wyliczano spośród pozostałych co dziesiątego i polecano im bić uciekinierów, oświadczając, że będą bici przez vorarbeiterów, jeśli się sprzeciwią. Pod tą groźbą dochodziło nieraz do ciężkiego zmasakrowania nieszczęśników. Kilka razy doszło do zastrzelenia więźniów w czasie uczieczki, przy czym żołnierze-wartownicy strzelali do nich jak do zajęcy, chełpiąc się celnością swoich strzałów. Z końcem lipca 1944 roku, kiedy zdawało się, że ówczesna zwycięska letnia ofensywa radziecka posunie się dalej na zachód, hitlerowcy w popłochu opuszczali Kraków. Więźniowie, nie pilnowani dostatecznie, masowo uciekali, w czym im zbytnio nie przeszkadzano. Na miejscu została 23 osobowa grupa. Ci więźniowie nie uciekali albo dlatego, że mieszkali daleko, albo też po prostu obawiali się ryzyka ucieczki. Grupę tę wartownicy zamknęli w baraku. W okresie największego w tym czasie popłochu hitlerowców, wieczorem 21 lipca 1944 roku, na terenie budynków administracyjnych zakwaterowała się wycofująca jednostka wojskowa (prawdopodobnie pododział artylerii przeciwlotniczej). Po wieczornym pijaństwie dowódca tej jednostki wespół z komendantem obozu Beneckem i inspektorem Arbeitsdienstu Reitem wpadli do baraku i wymordowali nieszczęsnych więźniów salwami z pistoletów maszynowych. Kilku usiłowało uciekać przez przyległą do baraku latrynę. Tych wymordowano, rzucając za nimi granaty ręczne i topiąc w dole kloacznym. Po tej zbrodniczej masakrze, z której zdołało się uratować tylko dwóch więźniów, obóz przestał istnieć i nie został już reaktywowany. Obóz ten był niewielki i przeszło przez niego przypuszczalnie nie więcej niż 1500-2000 młodych ludzi. W związku z tym po prostu ginął on w cieniu takich kolosów, jak Oświęcim, czy nawet obóz dla Żydów w Krakowie-Płaszowie. Był obozem, w którym okres kary był nie tylko już z góry określony z reguły na trzy miesiące, lecz także przeważnie respektowany, toteż ogromna większość przeżywała tą katorgę. Wydawałoby się więc, że był obozem stosunkowo łagodnym. Tak jednak nie było. Niezwykle ciężkie warunki pracy, nędzne wyżywienie i znęcanie się nad więźniami w pracy powodowały, że po odbyciu trzech miesięcy kary z obozu wychodziłi skrajnie wyniszczeni młodzi ludzi, którzy potrzebowali wielu miesięcy na powrót do zdrowia, a niejednokrotnie nie byli w stanie już go odzyskać. Mimo całego okrucieństwa okupantowi nie udało się złamać postawy moralnej więźniów, którą charakteryzowały duże koleżeństwo i solidarność. Może tak krótka relacja przyczyni się do tego, że męczeństwo tych młodych ludzi, opierających się pracy dla okupanta w tzw. popularnie baudienście, nie pójdzie w zapomnienie. 

Źródło :

  • „Przegląd Lekarski”. Rok XXVI Seria II. Kraków Nr.1 1970. Obóz karny „Liban”. Uwagi lekarza. Józef Mruk. Str. 144

Polityka prywatności | Polityka Cookies | Mapa strony | Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

© 2024 - 2025 gkazelot.pl