Małoletni więźniowie Montelupich
To więzienie śledcze było zarówno dla dorosłych, jak też dla małoletnich, jednym z etapów gehenny okupacyjnej. Więźniowie przebywali tam zwykle do zakończenia śledztwa, a potem, jeśli zdołali je przeżyć, byli zsyłani do obozów koncentracyjnych lub miejsc straceń.
Eksterminację dzieci i młodzieży – co warto przypomnieć – prowadzono od początku do końca wojny. W pierwszych latach nie zsyłano małoletnich, przynajmniej masowo, do obozów koncentracyjnych. Umieszczano ich w specjalnie zorganizowanych „zakładach” (de facto obozach), zakamuflowanych pod różnymi nazwami. Chłopców umieszczano w Grodkowie, Kiekrzu i Wejherowie, dziewczynki i dzieci małe w Kamieniu Pomorskim. Później większość z nich trafiła do obozu w Łodzi. Tymczasem jeszcze utworzono obóz Jugendschutzlager w Moringen, gdzie zsyłano małoletnich chłopców po ukończeniu 16 lat, później też młodszych. Pierwszą grupą małoletnich Polaków zesłano do Majdanka w połowie 1942 r., do Oświęcimia pod koniec 1942 r. Dopiero utworzenie – w grudniu 1942 r. – obozu łódzkiego (Polen – Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt) pozwoliło na masowe aresztowania i zsyłanie tam małoletnich Polaków.
Najpierw w areszcie policyjnym przy ul. Szlak w Krakowie, później na Montelupich więziono małoletnich, w stosunku do których prowadzono „śledztwo” i po udowodnieniu im „winy” zsyłano do obozu w Łodzi. Jakich więc „przestępców” więziono na Montelupich i później zsyłano do obozu w Łodzi. Byli to przede wszystkim aresztowani podczas obław i łapanek drobni handlarze uliczni (sprzedawcy papierosów, gazet i innych drobiazgów), aresztowani przy przekraczaniu granicy, często przewodnicy, bezdomni oraz małoletni, którzy brali udział w różnych formach walki z okupantem, i zakładnicy. Nieraz aresztowanie i zsyłanie do obozu było usankcjonowane odpowiednimi zarządzeniami i odbywało się w majestacie „prawa” (faktycznie: bezprawia). W przeglądzie najważniejszych wydarzeń w kraju sporządzonym przez ruch oporu, znajdujemy obszerną informację na ten temat, w której czytamy między innymi:
„Na podstawie okólnika Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy V A 3 nr 30/50/42 z dnia 28 XI 1942 r. [chodzi tu o zarządzenie Himmlera o utworzenie obozu łódzkiego i zsyłaniu małoletnich chłopców od 14 do 16 lat – przyp. J. W.] i zarządzenia tegoż urzędu z dnia 5 I 1943 r. [ chodzi o zarządzenie zezwalające na zsyłanie do obozu łódzkiego małoletnich obojga płci od 8 do 16 lat – przyp. J.W.] powstały w Łodzi obozy dla dzieci polskich od 8 do 16 lat. W obozach tych w myśl okólnika należy umieszczać młodych Polaków kryminalistów lub pozbawionych opieki, będących zatem elementem niebezpiecznym zarówno dla dzieci niemieckich, jak też i przez to, że mogliby w dalszym ciągu uprawiać swą kryminalną działalność. Co do aresztowań młodzieży nie podaje się specjalnych zastrzeżeń o ile skłaniają do tego względy bezpieczeństwa”.
Okólnik podpisał w zastępstwie dr Schefe. Także minister sprawiedliwości Rzeszy wydał okólnik nr 4210/1 III A 3 – 65, w którym – powołując się na zarządzenie ministra spraw wewnętrznych Rzeszy z dnia 3 XII 1942 i 26 I 1943 – zawiadamia prezydentów wyższych sądów krajowych i prokuratorów generalnych przy tych sądach oraz sędziów dla nieletnich, że „wszyscy kryminalni albo w inny sposób zaniedbani młodociani Polacy obojga płci od 8 do 16 lat podlegają zsyłaniu do obozu w Łodzi”. Nie oznacza to wcale, że małoletni Polacy nie byli w ogóle skazywani przez sądy niemieckie. Wprowadzono jednak zasadę, że po odbyciu „kary” przekazywano ich… policji bezpieczeństwa, która zsyłała ich „ochronnie” do obozu w Łodzi.
Pierwszą większą grupę małoletnich osadzono na Montelupich pod koniec 1942 r. Byli to przeważnie mieszkańcy Krakowa. Później przywożono ich z okolic Krakowa, np. Bieżanowa, Woli Duchackiej, Przegini Duchownej, Rybnej, Wróblowic i Podłęża, a także z Częstochowy i okolic, z Nowego Sącza, Przeworska, Mielca, Tarnobrzegu, Buska Zdroju i Nowego Targu.
Małoletnich więziono na Montelupich od kilku dni do kilku miesięcy. Uzależnione to było przede wszystkim od częstotliwości i pojemności transportów z Krakowa do Warszawy, gdzie oczekiwali na dalszy transport do Łodzi: rzadziej od prowadzonego „śledztwa” i udowodnienia „winy”, bo z tym hitlerowcy nie mieli specjalnego kłopotu, ponieważ małoletnim podsuwano protokoły spisane w języku niemieckim, którego nie znali, a który musieli podpisywać. Bito ich na wszelki wypadek, żeby przyznali się do winy. Jeżeli nie mieli się do czego przyznawać, wystarczyło stwierdzenie: „bezdomni”, „zagrażają dzieciom niemieckim”, „mogą zejść na drogę przestępstwa”. Formalnościom musiało stać się zadość i powód uwięzienia musiał być podany, obojętnie jaki i czy wiarogodny.
Wystarczy przedstawić na kilku przykładach, kim byli małoletni więźniowie.
W r. 1942 na terenie tzw. Generalnej Guberni działała z powodzeniem organizacja ruchu oporu, do której należeli między innymi małoletni. Jeździli oni na najruchliwszych trasach: Kraków, Tarnów, Rzeszów, Jarosław, Przemyśl, Lwów, Częstochowa, Kielce, Rawa Ruska, Rejowice, Dęblin, Zakopane itp. Na dworcach kolejowych i w poczekalniach śpiewali piosenki niemieckie i antyniemieckie, zależnie od okoliczności. „Polowali” zwłaszcza na podchmielonych lub śpiących w poczekalniach dworcowych czy pociągach oficerów Wehrmachtu, a także esesowców, nawet tajniaków, i obcinali im kabury z pistoletami, zabierali także broń długą. Do obcinania kabur mieli żyletki oprawione w specjalne blaszki. Ich głównym zadaniem było zdobywanie broni. Zabierali też hitlerowcom portfele z dokumentami i pieniędzmi, teczki z dokumentami, wiszące na wieszakach mundury i płaszcze oraz bagaże. Zdobyte w ten sposób przedmioty wyrzucali natychmiast przez okno pociągu lub przekazywali je następnie dziewczynkom przebranym za wiejskie handlarki, a one z kolei dorosłym, którzy stanowili jednocześnie ich ochronę. Zdobytą broń i przedmioty dostarczali do Krakowa na punkty kontaktowe, których w Krakowie i okolicy było kilka.
Hitlerowcy urządzali na nich istne polowania, poddawano ich rewizjom, ale nigdy niczego przy nich nie znaleziono. Wreszcie w styczniu 1943 r. wielu z nich aresztowało gestapo w Krakowie. Poddano ich długotrwałym przesłuchaniom i torturom, konfrontowano z innymi członkami organizacji, ale do niczego się nie przyznali. Wszyscy byli tak zmasakrowani, że wzajemnie nie mogli się rozpoznać. Osadzono ich później na Montelupich, skąd pod koniec marca 1943 r. odtransportowano do obozu w Łodzi. Byli to: Władysław Anuszewski (pseudonim „Grubas”) z Warszawy, Zbigniew Ażgin („Biały”) z Baranowicz, Jan Krakowski („Krakus” i „Sztacheta”) z Warszawy, Tadeusz Kuchta („Ząbek”) z Warszawy, Włodzimierz Retka („Hanys”) z Sosnowca. Aresztowano ponadto Heńka („Globus”) i Zygmunta („Kalafę”) z „obstawy”, którzy – według przypuszczenia Jana Krakowskiego – zostali straceni. Z grupy małoletnich przeżyli obóz Jan Krakowski i Tadeusz Kuchta. Jan Krakowski zbiegł z obozu łódzkiego w r. 1944. Tadeusz Kuchta został wywieziony w r. 1944 do Gross – Rosen, Dora – Nordhausen i Bergen – Belsen, gdzie doczekał się wyzwolenia. Jan Krakowski wspomina:
„Ja i Zbyszek Ażgin pojechaliśmy na tandetę kupić koszulę i skarpety. Zygmunt, pseudonim << Kalafa >>, pojechał odwieźć dziewczynki do łaźni. W domu przy ul. Bożego Ciała 22 pozostali: Heniek z obstawy, pseudonim << Globus >>, Kuchta, Anuszkiewicz i Retka. Gdy wracaliśmy z tandety drzwi otworzył nam gestapowiec. Wszystkich nas aresztowano, ocalały tylko dziewczynki. Przy Zygmuncie gestapowcy znaleźli pistolet, którym na naszych oczach rozcięto mu policzek. Co myśmy tam przeżyli za tortury, to tylko jeden Bóg wie. Gdyby któryś z nas sypnął, dzisiaj byśmy nie żyli. Gestapowcy stosowali rożne metody, ale myśmy udawali niedorozwiniętych umysłowo i tylko płakaliśmy. Przeprowadzali z nami konfrontację, ale myśmy się do niczego nie przyznawali i nic nam nie mogli dowieść. Ratowało na to, że byliśmy młodzi, gdybyśmy byli o dwa lata starci zamęczyliby nas. << Globus >> i << Kalafa >> zostali prawdopodobnie straceni”.
Pod koniec 1942 r. został aresztowany Stanisław Kołodziejczyk, urodzony 4 I 1931 r. w Rybnej. Więziono go pod przybranym nazwiskiem „Jan Baranik”. Były więzień Montelupich i Polen – Jugendverwahrlager, Franciszek Panek wspomina:
„Pamiętam, że na początku 1943 r. przywieźli do obozu w Łodzi kolegę z sąsiedniej wsi Rybna, którego znałem jeszcze przed aresztowaniem. Zwierzył się, że jest tu pod fałszywym nazwiskiem << Jan Baranik >>. W rzeczywistości nazywał się Stanisław Kołodziejczyk. Mówił, że należał do partyzantki i dlatego podał fałszywe nazwisko. Obawiał się, że hitlerowcy nie mścili się na rodzinie. Opowiadał, że na Montelupich i w gestapo w Krakowie był strasznie bity, ale nikogo nie wydał”.
Siostry Stanisława Kołodziejczyka, Kazimiera Romanowska i Zofia Żyła w nadesłanych wspomnieniach potwierdziły, że ich brat, Stanisław Kołodziejczyk, pracował jako łącznik organizacji podziemnej. Przenosił broń, listy i ustne wiadomości. W niewyjaśnionych okolicznościach został aresztowany przez gestapo w Krakowie. Ostatni raz widział go na Montelupich starszy brat, Franciszek Kołodziejczyk, który również był więziony na Montelupich. Jak wyjaśniły, brat nie wydał nikogo i dzięki temu uratował życie wielu osobom, w tym ojcu który był członkiem organizacji. Zofia Żyła wspomina:
„Brat aresztowany został w nieznanych okolicznościach. Ponieważ rodzice również brali udział w ruchu oporu, bał się ich wydać i przy aresztowaniu podał fałszywe nazwisko: Jan Baranik. Podał też inne imiona rodziców. W ten sposób uratował wielu ludzi, których nie zdradził, mimo że był strasznie torturowany. Starszy brat, Franciszek Kołodziejczyk, lat 19, spotkał się z nim na Montelupich. Byli tam konfrontowani, ale wyjaśnili, że się nie znają. Starszy brat został wysłany do obozu koncentracyjnego, skąd wrócił chory i wkrótce zmarł. Młodszego wywieźli do obozu w Łodzi. Po pewnym czasie napisał list do rodziców, w którym prosił o przywiezienie lub przysłanie coś do jedzenia. Rodzice nie mogli go odwiedzić, ponieważ nie byli oficjalnie jego rodzicami i nie mogli uzyskać zezwolenia na widzenie. Gdzieś w r. 1944 Niemcy zawiadomili o śmierci brata”.
W odnalezionym akcie zgonu, władze obozowe podały, że „Jan Baranik” zmarł 31 III 1944 r. z powodu gruźlicy płuc. Natomiast współwięzień, Franciszek Panek, oświadczył że został zamordowany po nieudanej próbie ucieczki.
Jan Frej, urodzony 18 I 1928 r. w Krakowie, aresztowany pod koniec 1942 r. i osadzony na Montelupich, został na początku r. 1943 odtransportowany do obozu w Łodzi. Zmarł – jak podały władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 11 IV 1944 r. z powodu gruźlicy płuc.
Kazimierz Guziak, urodzony 19 XI 1929 r. w Nowym Targu, aresztowany w jesieni 1942 r., przez kilka miesięcy był więziony na Montelupich, skąd na wiosnę 1943 r. odtransportowano go do obozu w Łodzi, zmarł – jak podały władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 24 XI 1943 r. z powodu osłabienia mięśnia sercowego i zapalenia płuc.
Stefan Kosakowski, urodzony 2 VIII 1927 r. w Kontach powiat Brzesko, aresztowany pod koniec 1942 r., przez kilka miesięcy więziony na Montelupich, skąd na wiosnę 1943 r. został odtransportowany do obozu w Łodzi; zmarł – jak podały władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 1 X 1943 r. z powodu chronicznego zapalenia nerek.
Tadeusz Kostüch, urodzony 10 V 1929 r. w Bieżanowie, aresztowany na początku 1943 r., do wiosny 1943 r. był więziony na Montelupich; odtransportowany do obozu w Łodzi, zmarł – jak podały władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 22 II 1944 r. z powodu osłabienia mięśnia sercowego i zapalenia płuc.
Maciej Michałowski, urodzony 28 VII 1930 r. w Krozłowej, powiat Nowy Sącz, aresztowany na wiosnę 1943 r. i odtransportowany na Montelupich, gdzie przebywał około dwóch miesięcy, później przewieziony do obozu w Łodzi, zmarl – jak stwierdziły władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 23 IV 1944 r. z powodu zapalenia nerek i płuc.
Józef Stochel, urodzony 12 V 1928 r. w Zawadzie, powiat Miechów w Racławicach w Miechowskim, zajmował się przeprowadzaniem przez granicę. W okresie okupacji istniała na terenie Krakowa organizacja zajmująca się przerzucaniem przez granicę różnych osób, w tym uciekinierów z Rzeszy. Organizacja miała swoje placówki w Katowicach, Chrzanowie i Trzebini. Przewodnicy już od Katowic organizowali przeprowadzenie, ponieważ na Przemszy istniały punkty kontrolne. Dopiero z punktów w Chrzanowie lub Trzebini przeprowadzano przez granicę w okolicy Ostrężnicy, Dulowej, Alwerni i Spytkowic. Stochel był jednym z przewodników. Został aresztowany na wiosnę 1942 r. Przeszło pół roku więziony na Pomorskiej w Krakowie i na Montelupich, był strasznie torturowany, ale do niczego się nie przyznał i nikogo nie wydał. Gestapo chciało jedynie za wszelką cenę rozszyfrować organizację i punkty kontaktowe. W tym celu zwolniono go jesienią 1942 r., przypuszczając, że naprowadzi na ślad. On się tymczasem zorientował, że coś z tym zwolnieniem nie jest w porządku. Podejrzenia się potwierdziły. Stwierdził, że jest śledzony. Zwiódł konfidentów i dotarł nocą do domu. Tam dowiedział się, że już się o niego pytano. Musiał więc uciekać. Nawiązał jednak kontakt z organizacją i nadal przeprowadzał przez granicę i przenosił różne materiały. W r. 1943 został ponownie aresztowany przy przekraczaniu granicy. Podczas ucieczki pozbył się kompromitujących materiałów, to też po ujęciu go znaleziono przy nim tylko 720 RM. Zesłany do obozu w Łodzi, zmarł – jak stwierdziły władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 31 III 1944 r. z powodu gruźlicy płuc.
Lucjan Augustyn Wnęk, urodzony 28 VIII 1927 r. w Januszowicach, powiat Miechów, aresztowany na przełomie lat 1942/1943, na Montelupich więziony do wiosny 1943 r., odtransportowany do obozu w Łodzi, zmarł – jak stwierdziły władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 4 IV 1944 r. z powodu gruźlicy płuc.
Wacław Żak, urodzony 13 VII 1929 r. w Krakowie, aresztowany na początku 1943 r., do lata 1943 r. więziony na Montelupich, później odtransportowany do obozu w Łodzi, zmarł – jak stwierdziły władze obozowe w zgłoszeniu zgonu – 16 XI 1943 r. z powodu zapalenia nerek i stanu wyczerpania.
Stanisław Gawryś, urodzony w Mielcu (daty brak), uczeń, aresztowany w Mielcu 17 IV 1943 r., osadzony na Montelupich, skąd pod koniec lata 1943 r. odtransportowany do obozu w Łodzi, jego dalsze losy nie są znane.
W dniu 1 VII 1943 r. zostali aresztowani w Mielcu uczniowie Zygmunt Rzędzianowski i Jan Lubera; zaraz po aresztowaniu odtransportowano ich do więzienia na Montelupich; ich dalsze losy nie są znane.
Policja Bezpieczeństwa i SD w Krakowie zatrzymała w dniu 21 VI 1943 r. o godz. 16 Urszulę Nogę, lat 13, zamieszkałą ostatnio w Tarnobrzegu lub Przeworsku; w rubryce „powód aresztowania” podano: „bezdomna”; więziona w zakładzie Helclów, skąd w drugiej połowie 1943 r. została odtransportowana do obozu w Łodzi; obóz przeżyła; jej dalsze losy nie są znane.
Były więzień Montelupich, Tadeusz Kuchta, w nadesłanych wspomnieniach napisał, że zaprzyjaźnił się w obozie z Jerzym Andziakiem, którego poznał jeszcze na Montelupich. Andziak przebywał tam od jesieni 1942 r. do wiosny 1943 r., później odtransportowany do obozu w Łodzi, gdzie przebywał do jesieni 1944 r. Jerzego Andziaka, Tadeusza Kuchtę i pięciu współtowarzyszy odtransportowano z powrotem na Montelupich. Przebywali tam do ewakuacji więzienia. Ewakuowani zostali do Gross – Rosen, Dora – Nordhausen i Bergen – Belsen. Z siedmioosobowej grupy ocalał tylko Tadeusz Kuchta. Dzięki pomocy MO w Busku Zdroju i Jędrzejowie odszukano matkę Andziaka. W nadesłanych wspomnieniach stwierdziła, że syn został aresztowany pod koniec 1942 r. podczas łapanki w Busku Zdroju. Od chwili aresztowania nie otrzymała od niego żadnej wiadomości. Po wojnie otrzymała list z Niemiec, w którym nieznana jej kobieta poinformowała ją, że syn zmarł. Wieloletnie poszukiwania przez PCK nie przyniosły rezultatu.
Fryderyk Kasina, lat 16, aresztowany w Podłężu w jesieni 1942 r. Od chwili aresztowania do wiosny 1943 r. więziony na Montelupich, później odtransportowany do obozu w Łodzi. Również w Podłężu został aresztowany 16 – letni Stanisław Szewczyk. Po trzytygodniowym pobycie na Montelupich odtransportowany do obozu w Łodzi. Obaj przeżyli.
Henryk Wojdak, lat 13, mieszkał w Krakowie przy ul. Bożego Ciała 12, m. 21. Aresztowany podczas ulicznej łapanki pod koniec stycznia 1943 r. Około czterech tygodni więziony na Montelupich, skąd odtransportowano go do obozu w Łodzi. Przeżył. Rodzice przez pięć tygodni poszukiwali go po więzieniach i komisariatach na terenie Krakowa. Matka chłopca, Helena Wojdak, pisała do niego dnia 3 IV 1943 r. (cytat z zachowaniem charakterystycznych cech listu): „Kochany Henryku ! Piszemy Ci Henio, że list żeśmy otrzymali od Ciebie, za który ci serdecznie dziękujemy, 5 tygodni nie mieliśmy żadnej wiadomości o Tobie. Co było chodzenia po wszystkich komisariatach i zakładach [więzieniach – przyp. P.W.] i nic nie było wiadomo, nie ma ? Teraz kiedy przyjechałeś do Łodzi, to napisz jeżeli możesz, gdzie się chowałeś 5 tygodni”.
Helena Wojdak wspomina: „Syna mojego, Henryka Wojdaka, aresztowano w styczniu 1943 r. podczas ulicznej łapanki. Urządzano wówczas w Krakowie masowe łapanki i wyłapywano dzieci polskie, które potem wywożono do obozu w Łodzi. Po aresztowaniu około półtora miesiąca nie wiedzieliśmy o nim „nic”. Matka poszukiwała syna także na Montelupich, ale poinformowano ją, że go tam nie było i nie ma. Władze obozowe nie przyznawały się do więzienia dzieci. Rodzicom wyjaśniano, że nic o ich dzieciach nie wiadomo. Nie udzielano żadnych widzeń, a paczki docierały tylko przypadkowo.
Janina Kozaczek, lat 14, mieszkała w Krakowie przy ul. św. Józefa 21. Aresztowana pod koniec 1942 r. lub w pierwszych dniach 1943 r., więziona w zakładzie Helclów około czterech miesięcy, później odtransportowana do obozu w Łodzi. Matka, Florentyna Kozaczek, w nadesłanych wspomnieniach napisała między innymi: „Pod koniec 1942 r. córka otrzymała nakaz pracy przy budowie okopów czy fortyfikacji. Nie mogła pojechać, ponieważ była chora i nie miała nawet butów. Próbowałam ją reklamować, ale to nic nie pomogło. Wkrótce została aresztowana i uwięziona w zakładzie Helclów. Przez jakiś czas nie miałam od niej żadnej wiadomości i bardzo się martwiłam, bo była przecież chora. W jakiś czas później dostałam list z obozu z Łodzi. Prosiła o paczkę, którą natychmiast wysłałam. Później korespondencja urwała się. Władze obozowe poinformowały mnie, że córka została skierowana do szpitala, ale tam jej nie odnalazłam. Na następne prośby otrzymałam wymijające odpowiedzi, później już nie otrzymywałam żadnej. Po wojnie przez wiele lat poszukiwałam bezskutecznie córki”.
Franciszek Nęcek, lat 16, mieszkał w Krakowie przy ul. Królowej Jadwigi 24, m. 3 Od stycznia do kwietnia 1943 r. więziony na Montelupich za uchylanie się od przymusowego wyjadu do pracy w Rzeszy. Odtransportowany do obozu w Łodzi. Przeżył. W nadesłanych wspomnieniach napisał między innymi: „Gestapowiec, który zakuł mnie w kajdanki, odwiózł mnie na Szlak. Już mnie nie wypuścili. Zbili mnie bardzo, najbardziej gestapowiec Szubert. Następnie przywieźli mnie do więzienia na Montelupich. Na Montelupich w jednej celi więziono nas około 20 chłopców w wielu od 12 do 17 lat”
Bolesław Kalita, lat 13, mieszkał w Krakowie przy ul. Krakowskiej 20, m.15. aresztowany w czerwcu 1943 r., na Montelupich więziony do lipca 1943 r., później odtransportowany do obozu w Łodzi. Przeżył. Zginął śmiercią tragiczną 31 III 1973 r. W nadesłanych wspomnieniach pisał między innymi: „Wyszedłem z domu nie wiedząc, że jest łapanka. Zostałem schwytany i przewieziony na ul. Szlak, skąd po 24 godzinach przewieziono mnie na Montelupich. Przebywałem tam około miesiąca. Któregoś dnia wyprowadzono nas około 20 chłopców zakutych w kajdany jak zbrodniarzy i pod eskortą żandarmów i psów odprowadzono nas na dworzec”.
Daniela Jurkiewicz, lat 13, mieszkała w Krakowie przy ul. Czarnowiejskiej 45, aresztowana podczas ulicznej łapanki wraz z bratem, Benedyktem. Więziona w zakładzie Helclów dwa tygodnie, później w jednym transporcie z bratem wywieziona do obozu w Łodzi. Oboje przeżyli. Benedykta więziono na Montelupich w celi z dorosłymi. Miał wówczas 10 lat, był szczupłej budowy. Bez trudu mógł przejść między kratami w oknie. W nadesłanych wspomnieniach napisał : „Na Montelupich przebywałem prawie trzy tygodnie. Spaliśmy na siennikach, które na noc rozkładaliśmy na podłodze. Racje żywnościowe były głodowe. Paczek z Czerwonego Krzyża osobiście nie dostawałem, czasem dorośli dawali mi trochę smalcu i cebuli. Z domu też nie dostawałem paczek. W celi siedziało nas siedmiu, sześcioro dorosłych i jak. Jak dostawali paczki, dzielili się między sobą, mnie też dawali. Okno było zakratowane i zasłonięte korytem blachy. Pamiętam, że na prośbę dorosłych wchodziłem przez kratę na koryto i obserwowałem plac więzienny. Opowiadałem im, co się dzieje na placu, zwłaszcza jak przywozili lub wywozili transporty więźniów”.
Ryszard Surmiak, lat 14, mieszkał w Krakowie przy ul. Kordeckiego 4. Aresztowany w pierwszych dniach stycznia 1943 r., więziony na Montelupich do marca 1943 r. i odtransportowany do obozu w Łodzi, zwolniony latem 1944 r. Przedostał się na tereny przyfrontowe i po wyzwoleniu tych terenów wstąpił ochotniczo do odrodzonego Wojska Polskiego. Brał udział w wyzwalaniu Łodzi. Po raz drugi przekraczał bramę wyzwolonego obozu już jako żołnierz polski.
Franciszek Panek, lat 14, mieszkał w Przegini Duchownej. Aresztowany 2 V 1943 r. Był przewodnikiem i przeprowadzał przez granicę w Dulowej różne osoby, między innymi uciekinierów z Rzeszy. Na Montelupich więziony do sierpnia 1943 r., później odtransportowany do obozu w Łodzi. Przeżył.
Władysław Cholewa, lat 14, mieszkał w Krakowie przy ul. Zielonej 68, m. 17. Aresztowany pod koniec 1942 r. za bójkę z rówieśnikiem z Hitlerjugend, który na niego padał. Więziony na Montelupich do maja 1943 r. Już w marcu był przygotowany do transportu i wywiezienia do Łodzi, ale złamał rękę i nie został tym transportem wywieziony.
W pierwszych dniach 1943 r. do celi, w której siedział wprowadzono jego młodszego brata, Józefa, lat 12. Obaj znaleźli się w obozie łódzkim, Józef został tam odtransportowany w marcu a Władysław w maju 1943 r. Władysława w jesieni 1944 r. odtransportowano do Gross – Rosen, Dora – Nordhausen i Hamburga, gdzie doczekał się wyzwolenia.
Paweł Chlond, lat 7, mieszkał z rodzicami w Częstochowie przy ul. Szopena 22, m. 24. Ojciec, z zawodu listonosz, zmarł 17 VIII 1939 r., matka zmarła 1 IV 1943 r. Natychmiast po śmierci matki policja zapieczętowała mieszkanie, chłopca zaś aresztowano i przewieziono do więzienia na Montelupich, później do obozu w Łodzi .
Józef Nowak, zatrudniony w obozie łódzkim jak „wychowawca”, w nadesłanych wspomnieniach napisał, że do obozu łódzkiego przywieziono dużą grupę chłopców z Montelupich, podejrzanych o podpalenie wsi. Dzieci miały pochodzić z Krakowskiego lub Rzeszowskiego. Bliższych informacji brak. Wśród tej grupy przywieziono prawdopodobnie Pawła Chlonda. Paweł przeżył obóz. W chwili wyzwolenia obozu łódzkiego był w stanie krańcowego wyczerpania. Zaopiekowało się nim Miejskie Pogotowie Opiekuńcze w Łodzi i umieściło go w domu dziecka. Do Częstochowy więcej już nie wrócił. Jego dalsze losy nie są znane.
Marian Szelegiewicz podaje w nadesłanych wspomnieniach, że pod koniec 1944 r. został odtransportowany z kilkoma rówieśnikami z obozu z Łodzi na Montelupich, gdzie przebywali około trzech tygodni. Spodziewali się odtransportowania do Oświęcimia lub Gross – Rosen, ponieważ wszyscy ukończyli 16 lat. Tymczasem – ku ich zdumieniu i radości – przewieziono ich w okolice Wiśnicza Nowego do kopania okopów. Szeligiewicz po krótkim pobycie tam zbiegł i szczęśliwie dotarł do rodzinnego Tarnobrzegu. Los pozostałych nie jest mu znany.
Bracia Mieczysław i Franciszek Chucherko z Jaworzna podają w nadesłanych wspomnieniach, że na wiosnę 1943 r. odtransportowano ich w kilkuosobowej grupie z więzienia śledczego w Mysłowicach na Montelupich. Po kilkudniowym pobycie zostali dołączeni do dużego transportu i wywiezieni do obozu w Łodzi. Także Stanisław Sochacki z Chrzanowa podaje, że z obozu z Mysłowicach został odtransportowany na Montelupich, skąd po kilkudniowym pobycie wywieziono go do obozu w Łodzi.
Tadeusz Szachowski, urodzony 25 IX 1926 r. w Czarnym Dunajcu, powiat Nowy Sącz, został aresztowany w Warszawie latem 1942 r. Więziony najpierw na Pawiaku, później odtransportowany na Montelupich, gdzie więziono go przeszło trzy miesiące. W chwili przywiezienia go na Montelupich miał już ukończone 16 lat. Spodziewał się zesłania do obozu dla dorosłych. Tymczasem odtransportowano go z powrotem do Warszawy, później do obozu w Łodzi. Dopiero latem 1944 r. został wywieziony do Gross – Rosen, Dora – Nordhausen, i Bergen – Belsen, gdzie szczęśliwie doczekał wyzwolenia.
Małoletnich więziono przeważnie razem z dorosłymi. Z pobytu na ul. Szlak, Pomorskiej i na Montelupich pamiętają niewiele. Z krótkiego zwykle pobytu przy ul. Szlak wielu zapamiętało okrutnego esesmana o nazwisku Szuber lub Schubert. Niektórzy przypuszczają, że był to sam szef policji kryminalnej. Wszyscy pamiętają, że na Montelupich prowadzono ich w zakutych w kajdanki. Z pobytu na Montelupich najbardziej utkwił im w pamięci głód. Niemal wszyscy wspominają, że posiłki otrzymywane dwa razy dziennie; na śniadanie – kawałek gliniastego chleba i czarną kawę, na obiad – wodnistą zupę, która musieli chłeptać, gdyż nie otrzymywali łyżek; zupę nazywali „nocnikówką”, a obiad „nocnikowaniem”, ponieważ dostawali ją do nocników. Na kolację dawano im tylko czarną kawę, choć niektórzy wspominają, że dostawali także po kawałku chleba. Wielu wspomina paczki otrzymywane, jak piszą, z PCK. W paczkach przysyłanych przez „Partonat” znajdowali: chleb, suchary, ser, marmoladę, twaróg, sałatki z jarzyn i tłuszcz. Paczek z domu na ogół nie otrzymywali. Wspominają, że dorośli, z którymi więziono ich w celach, dzielili się z nimi żywnością z paczek. Oprócz głodu dokuczało im robactwo. Do cel dochodziły odgłosy przesłuchań, których często, wrzucano do cel, gdyż o własnych siłach nie mogli się poruszać. Byli uczestnikami i świadkami „spacerów”. Niektórzy zobaczyli tam po raz pierwszy zamordowanych.
Wiek nie dawał im żadnych przywilejów ani ochrony. Traktowani byli na równi z dorosłymi. Bito ich, kopano, ustawiano twarzami do ściany z rękami podniesionymi do góry, głodzono, poniżano, pozbawiano pomocy i opieki lekarskiej. Traktowano ich z całą brutalnością, jak wszystkich „wrogów” Trzeciej Rzeszy. Dla wielu z nich była to pierwsze lekcja faszyzmu. Potem były dalsze, których wielu z nich nie przetrwało. Ich nazwiska nie mogą być zapomniane, zwłaszcza w miejscowościach, skąd pochodzili. Młodzież powinna się dowiedzieć się o ich tragicznym losie i stawiać ich sobie za wzór.
Cytujemy fragmenty wspomnień :
Bolesław Dzierża :
„Było to 4 II 1943 r. Stałem sobie u zbiegu ulic Starowiślnej i św. Wawrzyńca. W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna i zapytał, co ja tu robię. Cóż to pana obchodzi – odpowiedziałem zadziornie. Po tej odpowiedzi przedstawił się, że jest z policji kryminalnej i kazał mi iść z sobą. Zdałem sobie sprawę, że przeholowałem z odpowiedzią i postanowiłem uciekać. Szybko jednak zostałem ujęty i w kajdankach dotarliśmy na Szlak. Na dyżurce rzucił mi się w oczy zestaw pejczów i pałek. Na szczęście na mnie ich nie wypróbowano. Widziałem natomiast innych, którym << pomagano >>w przyznaniu się do << winy >>. Byli okaleczeni i mieli sińce. Wepchnięto mnie do celi, w której siedziało kilku chłopaków. Okazało się, że Niemcy prowadzili jakąś akcję wyłapywania dzieci. W ciągu trzech dni obfotografowano nas, zdjęto odciski palców i spisano protokoły.
Czwartego dnia zebrano nas około 30 w jednej Sali. Zaszczycił nas swoją obecnością sam Schubert, prawdopodobnie szef Kripo, jeden z najgorszych oprawców. Wygłosił do nas przemówienie. Dowiedzieliśmy się, że aresztowano nas, żebyśmy nie zeszli na złe drogi szkodzenia Rzeszy. Wyjaśnił, że zostaniemy odesłani do ośrodka szkolenia zawodowego w Litzmannstadt, gdzie każdy z nas zdobędzie zawód, żeby stać się pożytecznym dla Rzeszy. Potem zakuto nas dwójkami w kajdanki i wyprowadzono. Kiedy z ulicy Szlak skręciliśmy w lewo, wiedzieliśmy już, że nie na dworzec, ale na Montelupich nas prowadzą. Ludzie przystawali na chodnikach i patrzyli z zaciekawieniem na ten niezwykły orszak pod eskortą esesmanów z psami. Większość z nas myślała chyba o tym samym: o ucieczce.
Zdecydował się tylko jeden z nas. Kazio Wadowski. Uwalnia ręce z kajdanek i próbuje wskoczyć do ruszającego tramwaju. Eskortujący na esesmani byli jednak czujni i uciekinier natychmiast został schwytany. Ponownie zakuto go w kajdanki. Kiedy znaleźliśmy się za bramą więzienną, esesmani rzucili się na Wadowskiego i strasznie go bili i kopali. Oberwało się i innym. Wprowadzono nas na korytarz więzienny. Widzimy tam stojących więźniów, ustawionych twarzami do ściany, z rękami podniesionymi do góry. Jeden z nich odwraca się nieznacznie w naszą stronę i robi jakiś gest, wyrażający pytanie lub zdziwienie. Zauważył to klucznik i natychmiast wali go kluczami w głowę. Nas także ustawiono twarzami do ściany z rękami podniesionymi go góry. Przyjęcie trwa ze dwie godziny, ale dla nas są to wieki. Ręce mdleją i opadają. Za opuszczenie rąk lub najmniejsze poruszenie esesmani biją nas po głowach. Wprowadzają na wreszcie wszystkich do jednej celi.
Później rozdzielono nas po różnych celach. Cela była mała i ledwo się mieściliśmy. Pod sufitem okratowane okno i kosz. Przez szpary próbujemy zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz, ale strażnik coraz zagląda przez judasza. Cela nie posiada żadnego umeblowania. W kącie, odgrodzona deskami, jest ubikacja. Stoją tam chyba dwa << kible >> i dzbanek z wodą. Pod ścianą ułożone sienniki, także kilka koców. Nadchodzi pierwsza noc. Rozkładamy sienniki i kładziemy się jeden obok drugiego. Koców jednak nie starcza dla wszystkich. Próbujemy zasnąć. Sen jednak nie nadchodzi. Co jakiś czas słyszymy zgrzyt kluczy w zamku, krzyki i przekleństwa strażników, jęki i krzyki przesłuchiwanych. Za dużo wrażeń na nasze młode głowy, żeby zasnąć. Powoli jednak przyzwyczajamy się do koszmarnej rzeczywistości.
Dni wloką się w nieskończoność. Od czasu do czasu strażnik zagląda przez judasza lub wchodzi do celi, żeby nas uciszyć. Ustawiamy się w dwuszeregu i z nas melduje. Po czterodniowym poście na Szlaku [w siedzibie Kripo – przyp. J. W.] głód daje się we znaki. Ale i tu wyżywienie jest głodowe. Na śniadanie dają nam po kawałku obrzydliwego chleba i czarną, gorzką kawę. Na obiad wyprowadzają nas na korytarz, gdzie wydawano cuchnącą zupę, w której można było znaleźć dosłownie wszystko; kawałki papieru, tektury, szmat, sznurka, różne zielsko, jakieś ochłapy, obierzyny z ziemniaków i tylko czasem trafiały się ziemniaki. Zupę (w obozie nazywaliśmy ją << waserzupką >> przynosili więźniowie w kotłach i jeden z nich nalewał chochlą na drewnianej rękojeści. Dozorujący strażnik doglądał, żeby mieszał stale w kotle. Czasami trafiła się zupa z dna i wówczas była trochę gęstsza.
Obiadu się nie jadło, ale piło. Wynikało to z faktu, że nie wydawano nam łyżek, które zresztą nie były potrzebne, bo zupa nadawała się tylko do picia. Dodatkową atrakcją był fakt, że zupę jedliśmy w autentycznych nocnikach. Nazywaliśmy ją << nocnikówką >>, a obiad << nocnikowaniem >>. Była << nocnikówka >> na szpagacie, << okraszona >> obierkami, papierem, brukwią, czasem ziemniakami. Kolację nazywaliśmy << kiblowaniem >>, bośmy otrzymywali tylko kawę i wynosili << kible >>; przy okazji nabieraliśmy trochę wody, bo i tej nie mieliśmy pod dostatkiem.
Każdy nowy zaklinał się, że takiego << żarcia >> nie weźmie do ust, nawet gdyby miał umrzeć z głodu, ale nikt słowa nie dotrzymywał. Wkrótce chleb stawał się rarytasem, a << nocnikówka >> smakowała wybornie. W tej sytuacji bez przerwy mówiło się i myślało głównie o jedzeniu. Czas od śniadania do obiadu ciągnął się w nieskończoność.
Mieliśmy względny spokój, bo na przesłuchaniach przeważnie nas nie wzywano. Słyszeliśmy za to odgłosy przesłuchań. Często wrzucano do celi więźniów, którzy o własnych siłach nie byli w stanie wrócić. Po takim widoku każdy zgrzyt klucza w zamku budził strach, czy aby nie nas będą brać na przesłuchanie, były to jedyne chwile, kiedy na krótko zapominaliśmy o jedzeniu i uczuciu głodu. Wyprowadzano nas także na spacery. Nie były to zwykłe spacery. Trwały około 10 – 15 minut i były << urozmaicone >> skakaniem << żabką >>, biegami i skakaniem jeden przez drugiego. Biegać trzeba było bez wytchnienia, bo esesmani kijami i pałami bili, ile mieli sił. Po takich << spacerach >> żyć się nie chciało. Byliśmy zmęczeni nie tylko my, lecz także strażnicy. Na jednym z takich << spacerów >> zobaczyliśmy po raz pierwszy zamordowanego więźnia. Leżał na wznak koło okna sutereny. Z ust sączyła się strużka zastygłej krwi, obok naczynie z nie dojedzoną zupą. Widoku i wrażenia nie zapomnę przez całe życie.
Paczek nie otrzymywaliśmy prawie w ogóle, chociaż – jak się później dowiedziałem – przyjmowano je od rodziców. W tych ciężkich chwilach nadeszła niespodziewanie pomoc. Otóż Patronat więzienny RGO dowiedział się o naszym pobycie w więzieniu i przekazywał nam paczki, które zawierały duży kawałek chleb, marmoladę, pasztet, bryndzę i sałatki z jarzyn. Gwoli prawdy trzeba stwierdzić, że pomagali nam także więźniowie funkcyjni. Podczas przeszło półtoramiesięcznego pobytu na Montelupich otrzymałem kilka paczek z RGO. W celach panował niesamowity zaduch. Gryzło nas robactwo, ale boimy się zgłaszać, żeby nie dostać lania. Chorzy powinni zgłaszać się do klucznika. Ten jednak najczęściej << leczył >> kluczami po głowie. Często przez szparę w koszu obserwowaliśmy << spacery >>, widzieliśmy transporty przywożonych i wywożonych z więzienia. Pewnej nocy usłyszeliśmy niezwykły ruch i wrzaski. Okazało się, że ładowano więźniów na samochody, by ich wywieźć w nieznane. Okno było pod sufitem. Podnosiliśmy jednego do okna i on nam opowiadał co widzi. Pewnego razu podsadziliśmy do okna Władka Cholewę. Nagle zgrzytną klucz w drzwiach. Szybko odskoczyliśmy. Stało się to tak niespodziewanie i szybko, że Cholewa spadł i złamał sobie rękę. Klucznik zbił go jeszcze i nawet nie chciał słyszeć o wezwaniu lekarza. Całą noc nie zmrużył oka, jęczał i wił się z bólu i strachu. Dopiero na drugi dzień lekarz polski założył mu opatrunek i unieruchomił rękę.
Dowiadujemy się wreszcie, że mamy jechać do Litzmannstadt po << naukę zawodu >>. Radość trwała krótko. Okazało się, że ja, mój młodszy brat i kilku kolegów mamy << koński świerzb >>. Najpierw dostaliśmy cięgi, później przenieśli nas do innej celi, gdzie smarowaliśmy się maścią. Pozostajemy jeszcze dwa tygodnie, do następnego transportu. Później łaźnia i transport wagonem – więźniarką do Łodzi. Otwarła się przed nami nowa karta okupacyjnej gehenny, która udało mi się przeżyć”.
Kazimierz Wadowski :
„Aresztowany zostałem nocą z 25 na 26 lutego 1943 r. Mieszkaliśmy wówczas w Krakowie przy ul. Prądnickiej 76, w baraku. Pamiętnej nocy usłyszeliśmy łomotanie do drzwi i okien. Do mieszkania weszło trzech gestapowców i ściągnęli nas z łóżek: sześcioro rodzeństwa i matkę. Ojciec już wówczas nie żył, zmarł w r. 1940. Dwaj starsi bracia byli nieobecni, jeden został wywieziona na przymusowe roboty do Rzeszy, drugi ukrywał się, gdyż należał do organizacji podziemnej i poszukiwało go gestapo. Gestapowcy często wpadali do domu i robili obławy. Tym razem brata znowu nie zastali. Byłem najstarszym z rodzeństwa, więc kazali mi się ubierać.
Przed domem zostałem skuty kajdankami wraz z trzema rówieśnikami: Bulikiem, Bałajem i Poniedziałekiem, którzy także zostali aresztowani tej nocy. Odwieźli nas na Szlak. Tam wykonano nam fotografię, zdjęto odciski palców i spisano protokoły. Kilkunastoosobową grupą, skutych po dwóch prowadzili nas z ulicy Szlak na Montelupich. Wcześniej powiedzieli nam, że pojedziemy do szkoły uczyć się zawodu. Postanowiłem uciekać. Korzystając z tego, że miałem luźno założone kajdanki, uwolniłem rękę i chciałem wskoczyć do jadącego tramwaju. W ostatniej chwili złapał mnie jeden z eskorty z psem. Po wejściu na dziedziniec więzienia na Montelupich dopadła mnie zgraja esesmanów i bili mnie, gdzie popadło: twarzy, głowie, kiedy upadłem, kopali mnie. Bili także innych, którzy nic nie byli winni. Ustawiono nas twarzami do ściany z rękami podniesionymi do góry. Byłem zbity i ręce mi opadały, wtedy esesmani uderzali mnie i innych w tył głowy, a myśmy twarzami uderzali o ścianę. Zabawiali się tak ze dwie godziny.
Po rozdzieleniu nas trafiłem z kilkoma kolegami do celi nr 65. W taki to sposób znalazłem się jako zakładnik za brata w więzieniu na Montelupich. W celi było nas dwunastu, większość stanowili dorośli. W naszej celi nie było żadnego umeblowania, jedynie w rogu celi była ubikacja, odgrodzona deskami od celi. Znajdowały się tam dwa kubły, które dwa razy dziennie opróżniano. W drodze powrotnej nabierało się trochę wody. Do spania mieliśmy pięć sienników, w których słoma była starta na sieczkę. Do przykrycia mieliśmy kilka koców. Na noc rozkładaliśmy sienniki jeden przy drugim, żeby się zmieścić. Koców też było za mało, toteż przykrywaliśmy się również płaszczami. Na dzień sienniki układaliśmy jeden na drugim pod ścianą. Gryzło na robactwo: pchły, wszy i pluskwy, które nocą spadały na nas z sufitu. Panował brud i zaduch.
O 6 rano wstawaliśmy, sprzątaliśmy cele i << kiblowali >> (tak nazwano wynoszenie kubłów z odchodami). Później było śniadanie. Składało się z kawałka chleba i czarnej, gorzkiej kawy. Na obiad była wodnista zupa, którą wypijaliśmy, gdyż nie dawali nam łyżek, które w gruncie rzeczy nie były nawet potrzebne, bo zupa nie wymagała łyżki. Obiad nazywaliśmy << nocnikowaniem >>, zupę << nocnikówką >>, bo choć trudno w to uwierzyć, piliśmy ją z nocników. Na kolację dostawaliśmy tylko kawę. Głód dawał się we znaki. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy wydawania posiłków, które i tak nie zaspokajały głodu. Z domu nie dotarła do mnie żadna paczka, chociaż matka odejmując sobie od ust przysyłała je. W tym stanie myśleliśmy tylko o jedzeniu. Od czasu do czasu docierały paczki z Czerwonego Krzyża, które zwierały trochę chleba, suchary, marmoladę, tłuszcz. Nie pamiętam, czy osobiście dostawałem te paczki, ale do naszej celi docierały. Do niektórych więźniów dorosłych dochodziły paczki z ich domów. Radość była nieopisana, bo i my wówczas zaspokajaliśmy głód.
Może nawet bardziej niż głód dokuczała niepewność o nas los. Nieustannie słyszeliśmy jęki przesłuchiwanych. Rozmawiano szeptem o mordowaniu więźniów na Montelupich i w obozach. Co czwartek wyprowadzano nas na tzw. spacery, których bałem się najbardziej. Strażnicy kazali nam skakać << żabką >>, robić przysiady i biegać. Sami uzbrojeni w nahaje poganiali nas i bili, ile wlazło. Podczas jednej z takich gonitw odkryłem tajemnicę, która nurtowała nas wszystkich. Przez uchylone okno w piwnicy zobaczyłem skrwawione i podziurawione od kul ściany. Tam prawdopodobnie wykonywano egzekucję, bo często w nocy słyszeliśmy strzały. Jęki przesłuchiwanych słychać było niemal bez przerwy.
Takie to niezapomniane wrażenia pozostały mi z pobytu na Montelupich. Później wywieziony zostałem do obozu w Łodzi”.
Jerzy Czarnecki :
„Mieszkałem w Krakowie przy ul. Gęsiej 16, m. 4. W nocy z 3 na 4 lutego 1943 r. zostaliśmy obudzeni łomotaniem do drzwi i wrzaskami gestapowców. Do mieszkania weszło trzech gestapowców i kazali mi się ubrać. Wyprowadzili mnie do oczekującego samochodu, w którym siedział już mój kolega Tadeusz Maic, mieszak jacy kilka domów dalej. Przywieziono nas na policję przy ul. Szlak. Tam zdjęli nam odciski palców, sfotografowali i spisali protokoły. Przebywaliśmy tam przez dwa dni bez jedzenia, otrzymywaliśmy tylko kawę.
W kilkunastoosobowej grupie dzieci w wieku od 10 do 16 lat przeprowadzono nas na Montelupich. Umieścili nas najpierw w piwnicy, później w celi na drugim piętrze. Okno było okratowane i zakryte koszem, widzieliśmy więc tylko kawałek nieba. W niedużej celi było nas około 20 chłopców. Spaliliśmy na siennikach, które rozkładaliśmy na podłodze. O 6 rano była pobudka. Sienniki układaliśmy pod ścianą. Po sprzątnięciu celi był apel, później śniadanie. Na śniadanie otrzymywaliśmy po kawałku chleba i czarną gorzką kawę. Na obiad była zupa, która szybko wypijaliśmy, bo nie było łyżek, nie były zresztą potrzebna. Zupę wydawano nam w nocnikach i dlatego obiad nazywaliśmy << nocnikowaniem >>. Na kolację otrzymywaliśmy tylko kawę i tylko czasem kawałek << wartościowego >> chleba, prawdopodobnie z paczek, których nie doręczano więźniom, gdyż często ich tam już nie było. Wyżywienie otrzymywaliśmy takie samo jak dorośli. Dokuczały nam głód i bezczynność. Pamiętam, że w tym czasie Patronat przysłał więźniom paczki.
Ubikacja znajdowała się rogu celi, odgrodzona deskami. Znajdowały się tam dwa kubły, które opróżnialiśmy dwa razy dziennie. Wracając przynosiliśmy trochę wody. Czasem wdrapywaliśmy się na okno i przez szpary w koszu wyglądaliśmy na podwórze. Coraz to strażnik podchodził cichutko pod drzwi, zaglądał przez << judasza >> i gdyby było coś nie w porządku, wpadał do celi i bił kluczami. Były to dla nas straszne przeżycia i z drżeniem wsłuchiwaliśmy się w każdy szelest na korytarzu, oczekując, kiedy wpadnie strażnik i zacznie bić.
Tęskniliśmy bardzo za rodzicami i rozmyślaliśmy o naszym i ich losie, bo z domem nie mieliśmy żadnego kontaktu. Wielu z nas nie wiedziało, za co ich aresztowano i to jeszcze bardziej pogłębiało niepokój. Całymi dniami rozmawialiśmy o jedzeniu i naszym położeniu. W naszej celi był mały chłopiec imieniem Rysio, marzył on bez przerwy o plackach ziemniaczanych i martwił się, dlaczego mama po niego nie przychodzi i nie zabierze go do domu; stale płakał. Nam także ciekła ślina na myśl o takich smakołykach i łzy, gdy on płakał.
Dwóch chłopców zachorowało i prosili o pomoc lekarską. Strażnik z uśmiechem wyprowadził ich na korytarz i tam dostali straszne lanie, na tym się skończyło. Później baliśmy się już zgłaszać do lekarza, chociaż strażnicy stale pytali, czy nie ma chorych. Raz w tygodniu wyprowadzano nas na spacer, który odbywał się na dziedzińcu więziennym. Był to prawdziwy koszmar. Musieliśmy biegać, skakać tzw. << żabką >>, skakać jeden przez drugiego, a gestapowcy poganiali i bili pejczami, aż krew tryskała. Dwukrotnie podczas << spacerów >> widziałem przez okno w piwnicy skatowanych i pomordowanych więźniów. Zastanawialiśmy się, czy i nas nie spotka taki los. Na Montelupich odbywały się przesłuchania i to nie tylko w dzień, ale i w nocy. Słyszeliśmy jęki przesłuchiwanych i katowanych więźniów. Czasem dochodziły odgłosy strzałów. W takie noce nie mogliśmy zasnąć i rozmawialiśmy szeptem.
Na Montelupich przebywałem miesiąc, a może trochę dłużej. W tym czasie tylko raz byliśmy w łaźni i raz zmienili nam bieliznę. Dokuczały nam wszy i pluskwy.
Szczególnie utkwił mi w pamięci ostatni dzień pobytu na Montelupich. Wpadło do celi czterech esesmanów i wśród bicia i wrzasków kazali nam się ubierać i biec na dół do odwszalni. Na schodach jeden tak uderzył mnie pałką w głowę, że spadłem po schodach. W łaźni pracował więzień, który nucił piosenkę o więzieniu. Jej strzępy zapamiętałem do dziś: >> Jest w Krakowie taki dom co go Montelupich zwą. Tam siedmiuset ludzi ciągle się w nim łudzi, że na wolność wyjdzie stąd <<. Piosenkę tą nuciliśmy później jeszcze w obozie łódzkim. Po odwszeniu i wykąpaniu odtransportowano nas do obozu w Łodzi, gdzie doczekałem się wolności.”
Stefan Chachlowski :
„Aresztowany zostałem przez tzw. granatowych policjantów. Zatorskiego i Kaweckiego, którzy byli na usługach hitlerowców. Mieszkałem wówczas w Woli Duchackiej. Razem ze mną aresztowany został Franciszek Ozga (obecnie już nie żyje). Z posterunku w Prokocimiu odwieźli nas na Szlak, później na Montelupich. Najpierw zamknęli nas w piwnicy, później w celi 148, gdzie byli już dorośli więźniowie. Cela była mała i z trudem mieściło się około 15 więźniów. Przebywałem tam około siedmiu tygodni. Pobyt tam był jednym koszmarem. Pamiętam, że siedziało tam dwóch studentów. Jeden podobno należał do konspiracji; drugi, nic o tym nie wiedząc, przyszedł do jego domu i tam został aresztowany. Pewnej nocy zostali wywołani i więcej już nie wrócili.
Razem z nimi został aresztowany jakiś profesor czy pracownik naukowy Uniwersytety Jagiellońskiego. Nazwiska nie pamiętam. Mieszkał gdzieś w pobliżu Plant przy ul. Dietla lub przecznicy Dietla. Otrzymywał paczki. Jedna nadeszła już po wywiezieniu go, ale paczek nie zwracano i rodzina nigdy nie wiedziała, czy więzień tam jeszcze przebywa. Siedział z nami więzień o nazwisku Placzek, był on kierownikiem jakiejś firmy lub biura transportowego w Krakowie. Miał około 50 lat, dobrze zbudowany. Z jakiegoś więzienia powiatowego przywieziono kilku więźniów. Byli oni tak skatowani, że nie można było patrzeć. Jeden z nich nazywał się Tibor.
Bez przerwy zabierano na przesłuchania, z których wracali ledwie żywi; niektórych wrzucano do celi, bo o własnych siłach nie mogli już wracać. W dzień i w nocy słyszeliśmy jęki przesłuchiwanych, odgłosy bicia i strzały. Byliśmy przygnębieni i zagubieni, z niepokojem oczekiwaliśmy dalszego losu. Pamiętam, że jeden ze studentów liczył na szybkie zwolnienie, bo aresztowano go wskutek nieporozumienia. Ktoś wyjaśnił mu, że z Montelupich prowadzą dwie drogi: do obozu lub do nieba. I my przestaliśmy się łudzić, że wyjdziemy na wolność.
Spaliśmy na siennikach, które układaliśmy jeden obok drugiego. Na dzień układaliśmy je pod ścianą. Dzień był koszmarem, ale i noc nie przynosiła ulgi. Nie dawały spać jęki przesłuchiwanych, dokuczało robactwo, zwłaszcza pluskwy, które spadały na nas z sufitu. Do lekarza nie można było pójść. Strażnik pytał zawsze, czy nie ma chorych, ale jeśli ktoś się zgłosił, dostawał takie lanie, że więcej nie odważył się prosić o pomoc lekarską. Najgorszy był esesman Willi. Podczas jego dyżurów nigdy nie było chorych, bo bił nahają, z którą nigdy się nie rozstawał.
Do lekarza zaprowadzono nas przed samym wyjazdem do obozu w Łodzi. Zostaliśmy przeniesieni do dużej celi w piwnicy, gdzie byli tylko przygotowani na wyjazd. Komendantem tej celi był chłopiec ze złamaną ręką ( z Krakowa ), który do Łodzi przyjechał następnym transportem. Nasz transport liczył 56 chłopców i 4 dziewczynki. Na dworzec prowadzono nas pieszo, ulice były puste, bo była już późna noc. Więźniarką odwieźli nas do Warszawy, później do Łodzi”.
Władysław Mrożek :
„W lipcu 1943 r. zostałem z bratem Andrzejem, aresztowany i osadzony w więzieniu w Nowym Targu. W małej celi siedziało nas około 20 osób, w tym sześcioro dzieci. Warunki były fatalne. Bito, zakuwano w kajdany, niektórym przykuwano do nóg kule. Więziono nas tam około miesiąca. Tęskniliśmy bardzo za rodzicami. Jedyną ulgą był płacz. Otuchy dodawała mi nadzieja, że wkrótce nas zwolnią. Tymczasem nadszedł dzień pożegnania z tym więzieniem. Do naszych rodziców dotarła poufna wiadomość, że mamy być wywiezieni do innego więzienia. Kiedy wyprowadzono nas z więzienia, zobaczyłem grupkę ludzi, a wśród nich rodziców. Płakałem głośno i kurczowo ściskałem brata.
Wszystkim nam kazano usiąść na ciężarówce i pod eskortą odwieziono nas na Montelupich. Wprowadzono nas do dużej piwnicy, gdzie znajdowali się już dorośli więźniowie. Widok tak licznej grupy dzieci zaskoczył ich. Starali się nas uspokoić, pocieszali jak mogli i zapewniali, że to długo nie potrwa i wrócimy do domu. W czasie kilkudniowego pobytu w tej celi spaliśmy na posadzce, ponieważ nie było tam łóżek ani sienników. Później zaprowadzili nas do lekarza i porozdzielali do różnych cel.
Zajmowałem z bratem i kilkoma rówieśnikami celę na parterze w pobliżu sali przesłuchań. Ciągle dochodziły odgłosy przesłuchań: bicia, jęków, wrzasków esesmanów. Ciągłe krzyki torturowanych i odgłosy bicia nie pozwalały spać. Ponadto nie starczało dla wszystkich sienników i koców. W tym czasie rozchorował się mój brat, ale o dostaniu się do lekarza nie było mowy, bo zamiast prowadzić do lekarza bito chorych. Bezczynność, ciągłe napięcie nerwowe, wywoływanie na przesłuchiwania, odgłosy przesłuchiwań, myśl o rodzicach działały przygnębiająco. Głód i zaduch odbierały siły. Bez przerwy myśleliśmy i rozmawialiśmy tylko o jedzeniu. Z radością przyjąłem wiadomość o możliwości wyjścia na spacer na świeżym powietrzu. Kilkuminutowy spacer nie tylko nie przynosił odprężenia, ale potęgował strach. W trakcie takich spacerów widziałem niejednokrotnie, jak maltretowano Żydów. Esesmani << zabawiali >> się w ten sposób, że jednego więźnia ustawiano w pozycji << konia >>, a cały szereg więźniów musiał na niego skakać. Więźniowie, którzy nie mieli już sił i padali ze zmęczenia, byli niemiłosiernie bici i kopani. Podczas takich << spacerów >> niektórzy prosili o śmierć. Podobne spacery urządzano także nam.
Podczas mojego pobytu na Montelupich zaczął nam przychodzić z pomocą Patronat. Pomoc ta wyrażała się w dostarczaniu nam paczek żywnościowych: chleba, sera, sałatek pomidorowych i sucharów. Z pomocy Patronatu nie miałem okazji zbyt długo korzystać, gdyż po miesiącu wywieźli nas do Warszawy, później do obozu w Łodzi”.
Kazimierza Pamuła :
„Urodziłem się w Katowicach, gdzie mieszkałem z rodzicami. Ojciec był robotnikiem warsztatów kolejowych w Katowicach. W pierwszych dniach września 1939 r. musieliśmy uciekać z Katowic, ponieważ ojca, powstańca śląskiego poszukiwało gestapo. Zamieszkaliśmy we wsi Kawodrza Dolna pod Częstochową. Ojciec prowadził działalność konspiracyjną i utrzymywał kontakt z wujkiem Józefem Tyrałą, ukrywającym się w Krakowie przy ul. Grodzkiej 34. Pod koniec 1942 r. kontakt z wujkiem urwał się nagle i nadeszły wieści o aresztowaniach w organizacji. Ojciec postanowił wysłać mnie, żebym dowiedział, co się tam stało. Udałem się więc do Krakowa. Drzwi otworzył mi jakiś mężczyzna i nim się spostrzegłem, wciągnął mnie do środka. Okazało się, że w mieszkaniu gestapo urządziło kocioł. Poddano mnie drobiazgowej rewizji i znaleziono jakiś list, który ojciec zaszył w moim płaszczu. Udałem zdziwienie i wyjaśniłem, że nic o tym nie wiem, że płaszcz dali mi dobrzy ludzie, ponieważ rodzice zginęli w r. 1939 i jestem bezdomny. Do mieszkania trafiłem przypadkowo, bo jestem głodny. Wpadło tam jeszcze kilka osób, ale żadna z nich mnie nie znała. Poddano mnie wymyślnym przesłuchaniom, ale do niczego się nie przyznałem, wciąż powtarzałem, co zeznałem na początku, płakałem. Zdawałem sobie sprawę, że jest bardzo źle, ale gdy się przyznam, może być jeszcze gorzej.
Po kilku dniach gestapo przekazało mnie policji przy ul. Szlak. Odprowadzano mnie do więzienia na Montelupich. Najpierw ustawiono nas twarzami do ściany z rękami podniesionymi do góry, później pojedynczo wzywano do kancelarii. Kto opuścił ręce, odezwał się lub poruszył, był bity pałką lub kluczami po głowie. Po przyjęciu strażnik wepchnął mnie do celi. Cela była ciemna, okno było okratowane i zasłonięte blachą, widać było tylko niebo. Najbardziej dokuczał nam głód. Na śniadanie otrzymywaliśmy kawałek chleba i kawę. Na obiad wychodziliśmy na korytarz, gdzie wypijaliśmy cieniutką zupkę. Na kolacje była tylko kawa. W czasie pobytu na Montelupich raz tylko byłem przesłuchiwany. Dostałem kilka kopniaków oraz uderzeń w twarz, podpisałem jakiś protokół i na tym się skończyło.
Siedziałem z więźniami dorosłymi, których zabierano na przesłuchanie o różnych porach dnia i nocy. Z przesłuchań często ich przynoszono, bo sami nie mieli sił chodzić. W nocy słychać by jęki przesłuchiwanych i odgłosy bicia. Najpierw słyszeliśmy jęki głośne, później coraz cichsze, wreszcie tylko wrzaski gestapowców i odgłosy bicia. Modliłem się wówczas, żeby wydostać się stamtąd. Niektórych więźniów zabierano i nie wracali więcej, na ich miejsce przychodzili inni. Pewnej nocy, pod koniec lutego 1943 r., wywołano mnie z celi. Na korytarzu stało już kilku chłopców w moim wieku. Wydano nam po kawałku chleba, później samochodem odwieźli nas na dworzec. Z Krakowa więźniarką odtransportowano nas do Warszawy, następnie do obozu w Łodzi”.
Od tamtych tragicznych wydarzeń minęło z górą trzydzieści lat. Trudno będzie odtworzyć pełną listę małoletnich więźniów Montelupich, a jeszcze trudniej ich losy. Trzeba jednak choć to ratować od zapomnienia, co jeszcze da się ocalić. Kierując się tymi względami, zamieszczamy listę, byłych małoletnich więźniów (w nawiasach daty urodzenia). Są to główne nazwiska ocalałych oraz nazwiska z nielicznych zapisów dokumentalnych, głównie zgłoszeń zgonów.
- Ryszard Adamczyk (7.VIII. 1928 r.)
- Jerzy Wacław Andziak (16 V 1925 r.)
- Władysław Auszewski
- Zbigniew Aźgin
- Mieczysław Bałaj (27 VIII 1928 r.)
- Jan Bednarczyk (6 XII 1932 r.)
- Tadeusz Bednarczyk
- Marian Błaszak (7 XI 1930 r.)
- Henryk Bomba
- Edward Brewka
- Marian Bulik
- Burchard (imienia brak, pochodził prawdopodobnie spod Wadowic)
- Ferdynand Cebula (6 I 1930 r.)
- Stefan Chachlowski (17 VIII 1928 r.)
- Paweł Chlond (26 V 1936 r.)
- Józef Chłaput (23 I 1929 r.)
- Józef Tadeusz Cholewa (12 III 1930 r.)
- Władysław Cholewa (8 IX 1928 r.)
- Franciszek Chucherko (28 XI 1929 r.)
- Mieczysław Chucherko (2 IV 1932 r.)
- Jerzy Czarnecki (6 VIII 1930 r.)
- Cwik (imienia brak)
- Bolesław Dzierża (1 VII 1925 r.)
- Eugeniusz Dzierża (1 VI 1930 r.)
- Franciszek Ficek (27 XI 1928 r.)
- Jan Frej (18 I 1929 r.)
- Władysław Gabień
- Józef Gacek (6 IV 1929 r.)
- Władysław Gacek Wojdyłło (9 III 1932 r.)
- Fryderyk Galos
- Stefan Galos
- Stanisław Gawryś
- Antoni Giza
- Witold Gomułka (24 V 1926 r.)
- Anna Górecka (1929 r.)
- Józef Góziak
- Kazimierz Guziak (19 X 1929 r.)
- Piotr Hyszko (23 V 1934 r.)
- Józef Janusz
- Benedykt Jurkiewicz (31 III 1932 r.)
- Daniela Jurkiewicz (12 V 1930 r.)
- Bolesław Kalita (6 VI 1930 r.)
- Fryderyk Kasina (26 X 1926 r.)
- Kawecki (imienia brak)
- Stanisław Kołodziejczyk (4 I 1931 r.)
- Stefan Kosakowski (2 VIII 1927 r.)
- Tadeusz Kostüch (10 V 1929 r.)
- Adam Kościółek
- Janina Kozaczek (24 XII 1927 r.)
- Tadeusz Kuchta (4 VIII 1928 r.)
- Kwiecień (imienia brak)
- Leopold Ledwoś
- Lempart (imienia brak)
- Jan Lubera
- Zofia Łapa (27 I 1929 r.)
- Fryderyk Maj (15 I 1931 r.)
- Tadeusz Malc
- Mańczyk (imienia brak)
- Marzec (imienia brak)
- Maciej Michałowski (28 VII 1930 r.)
- Marian Miska
- Andrzej Mrożek
- Władysław Mrożek (20 VIII 1930 r.)
- Mieczysław Nęcek (27 VIII 1927 r.)
- Urszula Noga (20 VIII 1930 r.)
- Bernard Nowak
- Olejniczak (imienia brak)
- Kazimierz Pachólski (21 II 1930 r.)
- Helena Paluch (31 III 1929 r.)
- Kazimierz Pamuła (1 XI 1929 r.)
- Franciszek Panek (6 XII 1928 r.)
- Tadeusz Piechota
- Janina Piper (16 VII 1928 r.)
- Jan Pieciak
- Jan Podrasik (lat 12, z Jodłowa, powiat Jasło)
- Jan Pola
- Poniedziałek (imienia brak)
- Tadeusz Redka
- Zdzisław Redka
- Marian Rembilas
- Włodzimierz Retka
- Jan Romczak
- Rybka (imienia brak)
- Ryszard Rzędzianowski
- Jerzy Sarnecki
- Erle Sendor
- Roman Sermet (29 X 1927 r.)
- Zdzisław Seweryn
- Stanisław Sochacki (13 V 1934 r.)
- Jan Sosnecki
- Józef Stochel (12 V 1928 r.)
- Marian Strankowski
- Ryszard Surmiak (1 I 1929 r.)
- Tadeusz Szachowski (25 IX 1926 r.)
- Stanisław Szewczyk (6 XI 1926 r.)
- Roman Szuszkiewicz
- Ryszard Scibor (21 XI 1929 r.)
- Kazimierz Wadowski (28 II 1927 r.)
- Antoni Więcławski (1 IX 1929 r.)
- Edward Wiśniewski (2 XI 1929 r.)
- Lucjan Augustyn Wnęk (28 VII 1927 r.)
- Mieczysław Wojas (20 IV 1930 r.)
- Henryk Wojdak (18 V 1929 r.)
- Jan Wolski (16 V 1927 r.)
- Jan Wołek
- Jan Wrzeszczyński
- Stanisław Wszołek (25 VII 1926 r.)
- Wygoda (imienia brak)
- Jan Zamojski
- Bogdan Zegadłowicz (8 III 1928 r.)
- Wacław Żak (13 VII 1928 r.)
- Jan Krakowski (18 VIII 1927 r.)
Józef Witkowski były więzień Polen – Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei w Łodzi nr 798,
Przegląd Lekarski, T. XXXI, nr 1 (1974), s. 139.