Z historii więzienia Montelupich (1941 - 1942) Dr. Józef Garbień
Piśmiennictwo na temat więzienia Montelupich w Krakowie w okresie hitlerowskiej okupacji jest dotychczas bardzo skromne; brak jest monograficznego opracowania historycznego dziejów tej osławionej katowni w latach 1939 – 1945. Z więzieniem tym są związane między innymi losy aresztowanych podczas okupacji licznych pracowników służby zdrowia, a wśród nich wielu wybitnych lekarzy krakowskich. Również problematyka chorób grasujących wśród uwięzionych, jak np. epidemie duru wysypkowego i świerzbu, tudzież zagadnienia urazów spowodowanych katowaniem przez gestapo w jego siedzibie przy ówczesnej ul. Pomorskiej (obecnie Wybickiego) i w więzieniu Montelupich (z oddziałem dla kobiet w byłym zakładzie przy ul. Helców), nie zostały opracowane. Całość tych spraw wymagałaby specjalnych badań i wydania osobnej książki; materiały źródłowe są bardzo szczupłe i obecnie – po upływie 30 lat – można się oprzeć przeważnie tylko na relacjach świadków. Wśród dokumentów procesu przeciw Józefowi Buehlerowi, byłemu szefowi tzw. rządu Generalnej Guberni, były między innymi trzy typy autentycznych poniemieckich kartotek więzienia gestapowskiego przy ul. Montelupich. Były to kartoteki profesorów UJ (obecnie w archiwum UJ), polskiej inteligencji oraz osób schwytanych w masowych obławach. W zespole tych dokumentów znajdował się także nakaz umieszczenia w wymienionym więzieniu obecnego premiera, Józefa Cyrankiewicza, z datą 18.IV.1941 r. W nakazie tym zaznaczono, że „więźnia należy umieścić w miarę możliwości w oddzielnej celi” (cyt. wg „Wolni Ludzie”, 1948, nr 9, str.7). W krótkim artykule tutaj można ukazać tylko część tych zagadnień na przykładzie wyboru faktów z pewnego tylko okresu, przy czym lata 1941 – 1942 nasuwają się jako okres nasilenia terroru gestapo w Krakowie. Wtedy też spośród uwięzionych lekarzy wysuwa się na pierwszy plan działalność dra Józefa Garbienia. Uderzenia gestapo w roku 1941 trafiały w najaktywniejsze ugrupowania konspiracyjne, likwidując miejscowy sztab ZWZ, aktyw harcerski (Szare Szeregi), Związek Odwetu, ugrupowania PPS, księży, Ubezpieczalni Społecznej, rzemieślników, robotników (między innymi z fabryki Zieleniewskiego i z Dębnik) i inne. W tym czasie hitlerowcy natrafili też na konspiracyjną grupę sanacyjną, mającą kontakt z Budapesztem, w której główną rolę odegrał były wojewoda stanisławowski, Stanisław Jarecki. Tej właśnie grupie gestapo mylnie przypisało dra Garbienia, przy czym nie odkryto jego przynależności do ZWZ. Prawie wszyscy aresztowani, który trafiali do więzienia Montelupich, byli uważani za więźniów politycznych. Przechodzili oni w budynku gestapo przy ul. Pomorskiej lub w więzieniu śledztwo, a po jego zakończeniu, jeśli przeżyli, oczekiwali na decyzję ewentualnego zwolnienia (w wyjątkowych przypadkach), odesłania do obozu koncentracyjnego (najczęściej) lub wykonania wyroku śmierci.
Do 28 lutego 1941 r. obsada więzienia Montelupich składała się z pracowników Schutzpolizei. Urzędowa nazwa tego więzienia brzmiała w tym czasie „Polizei – Gefängnis Monteluppich” przy równolegle stosowanej nazwie „das Gefängnis der Sicherheitspolizei Monteluppich”; obie te formy spotykamy w urzędowych dokumentach.
Komendantem więzienia w r. 1941 był unterstrumführer SS, Paul Martin,a przejściowo stanowisko to objął surowy unterstrumführer SS, Otto Schmidt. W drugiej połowie 1942 r. stanowisko komendanta przejął gestapowiec Neuberg. Z kolei komendantami byli unterstrumführer SS, Reinhard Wehmeier i jako ostatni, przybyły po ewakuacji Lublina, Paul Tomnik.
Spośród innych nazwisk gestapowców z Montelupich można odtworzyć te, które zachowały się na liście płac funkcjonariuszy Spio i SD na „dystrykt” krakowski z r. 1943 oraz te, które często w przybliżonym, niedokładnym nieraz brzmieniu podają różni świadkowie tak, jak je powtarzano w celach. Warto zacytować ten niepełny wykaz.
Na wspomnianej, zachowanej liście, na którą powołuje się sędzia z Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Krakowie, Karol Dziewiński, w swoim referacie pt. „Więzienie Montelupich w świetle wyników dotychczasowego śledztwa”, wygłoszonym na sesji naukowej poświęconej temu więzieniu (w Krakowie 26 maja 1970 r.), widnieją następujące nazwiska: Wilhelm Allkümper z Essen. – Georg Friedrich, urodzony 13. V. 1911 r. w Birnbaum, scharführer SS Kriminalassistent, przybyły do gestapo w Przemyślu, z Krakowa wysłany na front wschodni, gdzie stracił nogę, powrócił stamtąd do Krakowa, następnie został przeniesiony do Szczecina – Heinrich Hüren z Öd pod Kiefeldt. – Bruno Lukas, urodzony 21.V.1911 r. w Essen, mieszkający wówczas w Mühlheim ad Ruhr, delegowany do Krakowa jako Kriminalassistent, przez więźniów zwany „Pomidorem” lub „Buraczkiem”. – Sander Ernst z Münster, Polizeigefängnisbeamte; niektórzy świadkowie podają, że pochodził on rzekomo z okolic Gliwic i że uprzednio nazywał się Czaja – Friedrich Töpfl z Klernhein, oberwachmeister. – Willy Wiedermann, urodzony 13.VI.1911 r. w Moers – Raendl; pełnił czynności zaopatrzeniowca i między innymi kontrolował paczki „Patronatu” i RGO – Otto Zander z Plau, oberwachmeister. W poszczególnych numerach organu nie istniejącego już dzisiaj Związku Byłych Więźniów Politycznych – „Wolni Ludzie” – znaleziono dalsze nazwiska gestapowców z Montelupich i Pomorskiej. Są to Józef Fredrich alias Friedl Friedrich, były sekretarz gestapo w Krakowie i w Jarosławiu w latach 1939 – 1943 („Wolni Ludzie”, 1947, nr 8); Maks Kwast, kierownik referatu do tępienia organizacji lewicowych, który odnosił się z dużym okrucieństwem w stosunku do aresztowanych, wybijał im zęby, bił bykowcami, nakładał maski duszące na twarz, skazany w Krakowie na karę śmierci (tamże, 1948, nr 6); Walter Hans Liske, zastępca szefa gestapo w Lublinie, następnie kierownik gestapo w Krakowie (tamże, 1947, nr 10); Ryszard Quiel, administrator gmachu gestapo przy ul. Pomorskiej w Krakowie w latach 1940 – 1941, a następnie komendant więzienia we Lwowie i w Stanisławowie, również znęcał się nad więziami, skazany przez Sąd Okręgowy w Krakowie na 15 lat więzienia (tamże, 1949, nr 3). Świadkowie, byli więźniowie Montelupich, podają jeszcze nazwiska innych gestapowców, pracujących w więzieniu lub zatrudnionych jako referentów, czy tłumaczy w krakowskim gestapo przy ul. Pomorskiej. Są to: Bautz, pochodzący z okolic Jarocina, podobno robotnik z fabryki Cegielskiego w Poznaniu; miał on u prawej ręki urwane palce. – Beierlein (postrzelony w r. 1941 przez Jerzego Karwata), który między innymi jako referent gestapo z ul. Pomorskiej prowadził sprawę płk. Cichockiego – Donth. – Fei, działający później w Bochni – Friese. Frommer, przezwany „Grubą pluskwą”. – Geissler vel Geisser, przezwiska „Bat”, „Pejcz”, „Bykowiec”. – Grott, kucharz. – Grundschätl. – Klimper. – Kolb, przezywany „Diabłem”; chodził on stale z wilczurem, którego szczuł na więźniów - Pochop, tłumacz z ul. Pomorskiej, który pod koniec r. 1943 objął funkcję strażnika więziennego; być może, że był to Roman Kohut, Ukrainiec z Sanoka. – Schlitz. – Schäfler. – Sobker, który znał język polski. – Scharführer Schultz, około 25 – 30 letni, przeniesiony na początku r. 1942 na Pomorską. – Johann Woźny, przezwisko „Ptosek”, pochodzący podobno z Chorzowa, jeden z największych oprawców – Wloka, pracujący w administracji więzienia.
Podstawowe wiadomości osobowe o załodze więziennej Montelupich dotychczas przeważnie nie zostały jeszcze ustalone, w wielu więc wypadkach nie znamy imion, stopni, dat urodzenia, funkcji, właściwej pisowni. Jeszcze trudniej ustalić nazwiska funkcjonariuszy z ul. Pomorskiej, którzy przeprowadzali śledztwa wśród osadzonych w więzieniu Montelupich. W relacjach powtarzają się nazwiska referentów Heinemayera, który prowadził między innymi sprawy ZWZ, Szpilkera, który zawsze pojawiał się w towarzystwie Ukraińca – tłumacza, Christiansena, zwanego „Rybie Oko”, Sieberta, referenta spraw księży, któremu towarzyszyła tłumaczka, Maria Czuraj, była zakonnica (skrytka) z Dębnik w Krakowie, Waldkego Steinerta, tłumacza Scheueringera (prawdopodobnie Ukraińca), Elsnera, którego przezywano „Tabaczkowym” od koloru jego ulubionej marynarki, tłumacza „Motylka” (od nakrycia głowy), który ukradł więźniarce, Genowefie Ułan, pieniądze leżące w depozycie, a po upomnieniu się przez nią o nie stwierdził cynicznie, że „za pobyt w sanatorium trzeba drogo płacić”. Spośród klucznic oprócz Lucy Wichary, pochodzącej prawdopodobnie z Katowic, powtarzają się tylko imiona Joanny, Grety, Mii (w cywilu, jak sama mówiła, dojarki), Róży, Trudy.
Do początku sierpnia 1941 r. mężczyźni i kobiety, aresztowani przez gestapo, siedzieli w jednym wspólnym więziennym budynku przy ul. Montelupich. Następnie kobiety przeniesiono do budynku przy ul. Helclów. Pozostawiono tylko te, które pełniły swe czynności porządkowo – administracyjne w głównym budynku.
Początkowo w więzieniu Montelupich czynności lekarza więziennego pełnił dochodzący z miasta Ukrainiec; był nim dr Jarosław Kunyk. Na początku 1941 r. lekarzem był już więzień, dr Ryszard Natolski, a po nim funkcję tę przejął czasowo dr Józef Garbień, choć okresowo w ambulatorium więziennym pracowali także w latach 1941 – 1943 między innymi doktorzy Stefan Budziaszek, Bogusław Bulanda, Emanuel Hałacz, Szczepan Kruczek, Franciszek Pochopień, Witold Preiss, Zygmunt Zakrzewski oraz kobiety, Czesława Danko, Janina Kościuszkowa, Ernestyna Michalikowa i inne. Więziono także lekarzy, którzy nie byli zatrudnieni w ambulatorium. Byli to między innymi doktorzy Bernadzikiewicz, Gęźba, Gieszczykiewicz, Kostarczyk, Kowalczykowa, Kulig, Lebioda, Mączka, Okrzański, Przybyłkiewicz, Schwarz, Sędzimir, Sikorska, Skalski, Skimina, Szebesto, Szymański, Wrona. Jak widać, znaleźli się wśród więźniów – lekarzy także profesorowie i docenci medycyny.
Jesienią 1941 r. wybuchła w więzieniu Montelupich epidemia duru wysypkowego, głównie wśród więźniów – mężczyzn. Na pewnie okres musiano z tego powodu wstrzymać nawet przesłuchania, przywożenie i wywożenie więźniów. W tym okresie przeprowadzano stałe dezynsekcje cel, kąpanie, strzyżenie i wygalanie więźniów. Środkami dezynfekcyjnymi, dostawą słomy, środków czystości i koców zajmował się głównie krakowski patronat więzienny. W czasie epidemii duru wysypkowego praca w pralni więziennej trwała na zmiany dzień i noc. Więźniarki tam zatrudnione robiły wszystko, by więźniowie mogli jak najszybciej otrzymać czystą bieliznę, była to bowiem późna jesień, a więzienie było zimne. Same pracowniczki pralni otrzymały szczepionkę przeciwdurową. W czasie kąpieli więźniów udawało się pracowniczkom pralni podrzucać więźniom suchy prowiant, a nawet dostarczać im ciepłej zupy, praczki – więźniarki mogły bowiem korzystać ze swoich paczek domowych, przesyłanych przez RGO na tzw. Bedarfscheiny. Z pożywienia więziennego prawie więc nie korzystały.
W czasie epidemii duru zapanowało w więzieniu pewne odprężenie. Więźniowie z różnych cel łatwiej mogli się wtedy kontaktować ze sobą, udzielać sobie odpowiednich informacji na temat śledztwa itp. Pod koniec grudnia 1941 r. epidemia duru wysypkowego w więzieniu na Montelupich wygasła.
Niektórzy więźniowie i więźniarki byli zatrudnieni po śledztwie w obrębie więzienia, wykonując różne, głównie porządkowe prace. Mieszkali oni zwykle w tzw. wolnej celi. W większości byli to kryminaliści, wrogo ustosunkowani do inteligentów, przez jakiś czas Ukraińcy, wyjątkowo Żydzi a sporadycznie więźniowie polityczni. Kobietami – więźniarkami, pracującymi na Montelupich w początkach r. 1941, były dwie Polki, palaczki i dwie sprzątaczki kancelarii, wracające po wypełnieniu swoich obowiązków do zamkniętej celi. Nieco później palaczki przebywały już stale w wolnej celi. One też pierwsze niosły pomoc współtowarzyszką niedoli. Przez otwór w ścianie korytarza, służący do wysuwania kibla, podawały one czasem chleb, czasem papierosy oraz przekazywały wiadomości o aresztowanych. Były to Anna Szczypka – Synowiec i Elżbieta (nazwisko nie ustalone).
Dużym wydarzeniem było pierwsze spotkanie wszystkich kobiet osadzonych w więzieniu Montelupich; doszło ono do skutku podczas wspólnej kąpieli na przełomie lutego i marca 1941 r. Wtedy to można było sobie wzajemnie przekazać najważniejsze wiadomości, uzyskać nazwiska nowo aresztowanych oraz numery ich cel. Dalsze kąpiele, zresztą rzadkie, przeprowadzano już tylko dla więźniarek z poszczególnych cel. Względną okazją do kontaktowania się był moment, gdy więźniowie raz na dobę wynosili z cel kible z odchodami. Czasami przy tej sposobności można było wymienić spostrzeżenia i ostrzeżenia.
Czasem zabierano większe grupy więźniarek do obierania ziemniaków. Powstawała wtedy dodatkowa możliwość „zorganizowania” kawałka chleba, margaryny, czy papierosów. Umiały to zrobić tylko najsprytniejsze. Czas najbardziej dłużył się więźniarkom w celi wtedy, gdy nasłuchiwały i oczekiwały, kogo w tym samym dniu lub w nocy wezwą na przesłuchanie. Pokoje przesłuchań były nie tylko przy ul. Pomorskiej, lecz także w więzieniu Montelupich, w pobliżu cel kobiecych, obok celi nr 63. Często więc w dzień i w nocy więźniarki słyszały odgłosy nieludzkich krzyków. W takiej wegetacji jedyną pociechą były paczki przywożone przez RGO, często od rodzin.
W pierwszych dniach kwietnia 1941 r. odszedł duży transport mężczyzn – więźniów z Montelupich do obozu oświęcimskiego. Było ich kilkuset. Wybieranie do tego transportu trwało przez całą noc. Słychać było okrzyki pijanych strażników, odgłosy bicia, wrzaski męczonych. Chaos powiększał wilczur, puszczany przez Kolbego w celu „robienia porządku”. Na ranem mężczyzn załadowano do samochodów ciężarowych, a każdy opuszczający więzienie otrzymywał swoją porcję bicia i kawałek chleba. Ostatnie samochody odjechały w południe i w więzieniu zapanowała cisza. Wkrótce jednak więzienie zapełniło się nowymi aresztowanymi z Krakowa, z ZWZ, z grupy płk. Jana Cichockiego, pseudonim „Maria”, „Nałęcz”, „Kabat”.
W kwietniu 1941 r. otworzono w więzieniu Montelupich pralnię. Początkowo miała ona służyć tylko do prania bielizny z wach sztuby oraz bielizny gestapowców. Pierwszą więźniarką zatrudnioną w pralni była Ludmiła Dąbrowska, która dobrała sobie do pomocy Annę Szczypkę – Synowiec i Irenę Gontarską (obecnie Larską). Początkowo pracy było mało. Więźniarki pracowały, gdy słychać było kroki zbliżających się gestapowców; gdy pracy nie było, gestapowcy odprowadzali je do zamkniętej celi. Dopiero pod koniec maja 1941 r. otworzono tzw. wolną celę dla wszystkich więźniarek.
Irena Gontarska została wkrótce przydzielona do pracy przy sprzątaniu kancelarii więziennej wraz z Jadwigą Meklingerową. W pracy tej była czasem narażona na bezpośredni kontakt ze strażnikami, którzy często przychodzili tam rano, nietrzeźwi po nocnym pijaństwie. Sprzątając kancelarię miały możność wglądu w kartotekę więźniów, która do końca stycznia 1942 r. leżała tam w otwartych skrzynkach (!). Można w niej było znaleźć imiona, nazwiska i numery cel. Rano leżały tam jeszcze zwykłe kartki z nazwiskami aresztowanych w godzinach popołudniowych lub w nocy. W depozytach odebranych więźniom wymienione więźniarki znajdowały papierosy i inne drobiazgi, które udawało im się zabrać i przekazywać potrzebującym.
Pewnego dnia komendant więzienia, obersturmanführer Martin, stwierdził że w odsyłanej przez więźniów brudnej bieliźnie znajdują się grypsy do rodzin. Od tego dnia bielizna musiała być prana w pralni miejscowej. Wskutek tego narosło pracy. Odkomenderowano tam więc więźniarki Janinę Murczyńską, Janinę Śliwiankę – Wachulską, Marię Gontarską (matkę Ireny), Krystynę Cyankiewicz – Witkową, Elżbietę Trąbkę – Musielakową, Ludwinę Makuch, Władysławę Sawicką i inne. Ludmiła Dąbrowska jako kierowniczka „zorganizowała” osobiste, przez więźniarki, roznoszenie wypranej bielizny po celach męskich i kobiecych. Stało się to pod pozorem konieczności rozpoznawania wypranej bielizny przez właścicieli, rzekomo bowiem technika oznaczania tuszem pranych sztuk bielizny nie był jeszcze przez niedoświadczone praczki dostatecznie opanowana. Sytuacja ta ułatwiła kontakty z więźniami, przekazywano wiadomości, przemycanie papierosów itp., oczywiście w czasie nie uwagi strażnika. W paczkach przychodzących z cel do pralni więźniarki znajdowały niekiedy w bieliźnie także wzruszające wiersze, które pisał najczęściej więzień Kazimierz Kierzowski. We wrześniu 1941 r. odszedł duży transport kobiet do Ravensbück. Wyjeżdżające wtedy więźniarki przeniesiono z budynku przy ul. Helclów do celi transportowej nr 55 na Montelupich.
Malarz – cywil, pracujący na Montelupich (nazywał się, jak ustalono, Tadeusz Sokołowski), dość szybko nawiązał kontakt z więźniami tzw. wolnej celi. Wynosił on z więzienia wiele „grypsów” i dostarczał je do rodzin oraz do punktów konspiracyjnych, przynosił też liczne wiadomości z miasta. Był niezwykle odważny i nie cofał się przed ryzykiem.
W wigilię Bożego Narodzenia komendant Martin polecił całemu zespołowi z tzw. wolnej celi, łącznie z Wojciechem Dzieduszyckim, księdzem Rosnerem i jakimś księdzem z Dębnik, śpiewać kolędy podczas rozdawania po celach paczek świątecznych, które nadeszły z RGO. Pełen humoru Dzieduszycki dodawał wszystkim otuchy i podtrzymywał na duchu. Różnymi drogami kontaktował się wolny świat z więźniami. Kontakty te realizowano przez przekupienie gestapowców, przez pracowników cywilnych, mających dostęp do więzienia (malarze, kominiarze, murarze itp.), przez więźniów wypuszczanych na wolność, a także dzięki stykaniu się więźniów funkcyjnych z przedstawicielami Patronatu i dzięki wyzyskaniu więźniów – Niemców, którzy mieli większą swobodę, np. wychodzili do dentysty na mieście lub załatwiali tam drobne zakupy na potrzeby więzienia. Dróg takich w latach 1941 – 1942 było dość dużo.
W nawiązaniu i utrzymywaniu nielegalnych dróg kontaktowych wyróżniał się dr Józef Grabień, który przebywał w tym więzieniu od 11 maja 1941 roku do 16 czerwca 1942 roku. Zapisał on szczególną kartę w dziejach więzienia Montelupich między innymi również dlatego, że był doskonałym lekarzem, nieprzeciętnym humanistą i więźniem, który potrafił wszczepiać w społeczność więźniarską w owym czasie patriotyzm, koleżeństwo i solidarność i wzmacniać odporność na ciosy gestapo. Postać ta zasługuje więc na bliższą uwagę.
Był on synem Jana i Albiny z Broszkiewiczów. Ojciec jego był urzędnikiem kolejowym; pochodził z chłopskiej rodziny z Sułkowic. Józef miał dwóch braci, Albina (późniejszego ginekologa, więźnia obozu Mauthausen) oraz Tadeusza, który zginął w Anglii. Józef Grabień urodził się w Łupkowie (powiat sanocki) dnia 11 grudnia 1896 roku. Szkołę powszechną i gimnazjum ukończył w Stryju, następnie studiował w Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie; dyplom doktora wszech nauk lekarskich otrzymał tam w r. 1924. W latach 1924-1932 odbywał specjalizację, a następnie pracował jako starszy asystent w Klinice Chirurgicznej UJK u prof. Dra Hilarego Schramma.
Kochał sport, grał w stryjskiej, później we lwowskiej „Pogoni”, pracował w „Sokole II” i w drużynach strzeleckich. Jako niespełna 18-letni młodzieniec wstąpił 2 sierpnia 1914 roku do Legionów i jako szeregowiec przeszedł ciężkie, frontowe walki. Służył w 1. p. p. Legionów. W czasie służby wojskowej w dalszym ciągu znajdował czas i możliwości, aby występować jako reprezentant na zawodach piłki nożnej. Również świetnie pływał i zdobywał punktowane miejsca. W klubie sportowym „Pogoń” uzyskał przezwisko „Tank Pogoni”.
W lipcu 1917 r., w wyniku tzw. kryzysu przysięgowego (odmówienie przez część legionistów przysięgi na wierność Niemcom). Józef Garbień jako poddany austriacki został wcielony do cesarsko – królewskiej armii. Skierowano go na front włoski, gdzie między innymi walczył nad Piawą. Po skończeniu wojny służył jeszcze w wojsku jako porucznik przez dwa lata. Brał udział w obronie Lwowa i został tam ciężko raniony.
Nadal uczestniczył w licznych zawodach sportowych jako znany piłkarz „Pogoni”, wchodząc najczęściej w skład trójki ataku Bacz, Kuchar, Garbień. „Pogoń” lwowska była w tym czasie przez pięć kolejnych sezonów mistrzem Polski. Garbień wyjeżdżał jako reprezentant na mecze z drużynami Czechosłowacji, Węgier, Jugosławii, Szwecji. Był wówczas kapitanem drużyny. Jako synowi kolejarza przysługiwały mu bezpłatne przejazdy. Wypłacane mu zwroty kosztów podróży przeznaczał na kasę samopomocy koleżeńskiej, uważał się bowiem bez reszty za sportowca – amatora. W późniejszym okresie za zasługi dla sportu polskiego został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.
Sport nie przeszkadzał mu w pracy lekarskiej asystenta. Był też chirurgiem kolejowym. Jako młody asystent mieszkał z żoną i córkami na Drodze Wóleckiej we Lwowie. Mimo swych ciężkich warunków materialnych leczył sąsiadów, biedaków, bezinteresownie, dodając niejednokrotnie do porady lekarskiej pieniądze na lekarstwa i lepsze wyżywienie. W latach 1932 – 1933 pracował w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego. Wówczas napisał kilka prac o opiece lekarskiej w sporcie. W r. 1933 objął stanowisko dyrektora szpitala i ordynatora oddziału chirurgicznego w Chrzanowie. Pracował tam do wybuchu drugiej wojny światowej.
Kampanię wrześniową przebył jako zmobilizowany major rezerwy, kierownik samodzielnego zespołu chirurgicznego. Podczas odwrotu dotarł z tym zespołem do Tarnopola, gdzie operował mimo licznych nalotów ciężko rannych żołnierzy w szpitalu wojennym nr 503. Na tym odcinku frontu działania wojenne zakończyły się szybko. Dr Garbień zdecydował się na przekroczenie granicy Polski i przez sześć tygodni przebywał na Węgrzech (w Budapeszcie). Przedstawicielstwa rządu polskiego w Budapeszcie nie wciągnęły do dalszej pracy dra Garbienia w nowo tworzącym się wojsku polskim na emigracji. Wybrał się więc pieszo do Polski i przekroczył zieloną granicę w okolicach Szczawnicy. W kraju znalazł się 1 listopada 1939 r. Jako miejsce dalszej pracy wybrał Kraków, gdzie zamieszkał z żoną i dwiema córkami. Bardzo szybko nawiązał kontakt z kolegami i włączył się w ZWZ – owską konspirację. W Krakowie w mieszkaniu przy ul. Szopena 11 miał punkt informacyjny i kontaktowy przerzutów przez granicę dla zagrożonych konspiratorów i Żydów.
Utrzymywał łączność z przewodnikami – góralami ze Szczawnicy, których uprzednio poznał w czasie swej wędrówki. W tym też mieszkaniu był punkt odbioru fałszywych, podrobionych dowodów osobistych (tzw. kart rozpoznawczych, kennkart).
W dniu 11 maja 1941 r. do mieszkania dra Garbienia wpadło gestapo i po dzikiej, lecz dokładnej rewizji, która zresztą nie dała żadnego obciążającego wyniku, aresztowało dra Garbienia. Jego żona zdążyła w ostatniej chwili, gdy gestapo dobijało się do drzwi wejściowych, spalić kompromitujące materiały.
10 maja 1941 r. gestapo aresztowało Janinę Kubacką, umieszczając ją na Montelupich w celi nr 65. Do tej celi wkrótce przyszedł dr Józef Garbień, wezwany jako lekarz – więzień w celu udzielenia pomocy lekarskiej chorej Wandzie Marokini. Tym samym nadarzyła się okazja przekazania Kubackiej wiadomości, że jest zamieszana w sprawę Jareckiego, Garbienia, dra Łazarskiego (sędziego z Krakowa) oraz Jadwigi Więckowskiej z krakowskiej Ubezpieczalni Społecznej. Wkrótce Kubacka znalazła się we wspomnianej już tzw. wolnej celi i miała możliwość obserwowania pomocy, którą dr Garbień niósł potrzebującym więźniom.
O dalszej działalności dra Garbienia w więzieniu Montelupich wiemy z jego własnych notatek. Po aresztowaniu dr Józef Garbień znalazł się w celi 132 na drugim piętrze. Był z kolei trzecim więźniem w tej celi, mającej powierzchnię 10 m².
Po dwóch tygodniach było tam już ośmiu więźniów, a jeden z nich przemycił do celi świeżą gazetkę nielegalną, ocaloną mimo ścisłej kontroli w biurze więzienia. Głównym zainteresowaniem więźniów w tym okresie było przewożenie przez RGO i PCK paczek z żywnością („wałówek”) w określone dni. Wyładowanych samochodów wypatrywano przez kraty więzienne i szpary w oknach. Dr Garbień poznał wówczas działalność przyjeżdżających „z towarem” Marii Zazulowej i Zygmunta Klemensiewicza, który asystował przy odbiorze towarów, a spacerując dokoła samochodu rozglądał się po kratach więziennych, jakby kogoś szukał i „grał” przy tym na swej nieodłącznej lasce, jakby na skrzypcach. Wkrótce jednak nie pozwolono Klemensiewiczowi przyjeżdżać więcej do więzienia; niebawem sam znalazł się na Montelupich. Zwykle w parę godzin po odjeździe przedstawicieli PCK i RGO rozdano więźniom paczki, składające się z pół bochenka chleba, smarowanego grubo przez środek mięsnym farszem, smakowicie przyrządzonym, oraz z cukierków i pierników. Paczki z PCK otrzymywali także więźniowie niemieccy.
Dr Garbień poznał w swojej celi płka Adama (?) Czyżowskiego, który przychodził z przesłuchań z wyraźnymi śladami ciężkiego pobicia, oraz studenta medycyny, Jerzego Mostowskiego, który już po pierwszej „rozmowie” z gestapowcami wrócił do celi z pękniętą błoną bębenkową.
Pewnego niedzielnego popołudnia do celi dra Garbienia wpadł strażnik więzienny i jako lekarza wyprowadził go na dziedziniec. Zameldował go komendantowi Martinowi; ten poszedł z więźniem na tyle podwórko, gdzie na ziemi leżał oficer SS. Martin polecił Garbieniowi zbadać Niemca. Okazało się, że ów esesman był więźniem, który w czasie skoku w dal, gimnastykując się, uległ wypadkowi i poważnie skręcił nogę. Dr Garbień przepisał mu odpowiednie leczenie, nie stwierdzając złamania nogi, które uprzednio mylnie rozpoznał, również sprowadzony na to podwórko, lekarz – więzień, dr Ryszard Natolski, prowadzący w tym czasie ambulatorium więzienne.
Nazajutrz zaprowadzono dra Garbienia do tego samego esesmana. Wtedy po raz pierwszy dr Garbień otrzymał „zarobek wojenny” w postaci kilku papierosów, kawałka chleba, a nawet noża. Chory oficer SS darował mu te przedmioty w tajemnicy przed władzami więziennymi.
Już trzeciego dnia po tym wypadku dr Garbień znalazł się w celi roboczej (nr 19), a dr Natolski zajął jego miejsce w celi nr 132. W ten sposób dr Garbień został równocześnie lekarzem więziennym przy Ukraińcu, Jarosławie Kunyku, przychodzącym z miasta. Ze względu na znajomość języka niemieckiego wybrano dra Garbienia komendantem celi roboczej (W celi roboczej przebywali więźniowie dobierani przez gestapo, zwykle już po śledztwie. Przydzielano im różne czynności w obrębie więzienia.). W tym czasie szorował on ambulatorium, pomagał drowi Kunykowi w wizytach lekarskich i spełniał różne pośledniejsze funkcje. Po kilku tygodniach z nieznanych przyczyn aresztowano dra Kunyka, osadzono go więzieniu, a drowi Garbieniowi polecono prowadzić samodzielnie oględziny lekarskie.
Tak więc mylne rozpoznanie, które przytrafiło się drowi Natolskiemu, spowodowało, że przeniesiono go, jak wspomniano, na trzeci dzień po opisanym wypadku do normalnej, więziennej celi, a drowi Garbieniowi polecono udać się do celi roboczej. Niemcy, nabrawszy zaufania do umiejętności dra Garbienia i przekonawszy się o jego bardzo dobrej znajomości języka niemieckiego, zlecili mu następne prowadzenie więziennego ambulatorium lekarskiego.
W czasie rozmów z komendantem Martinem dr Garbień zwrócił jego uwagę na niebezpieczeństwo możliwości powstania epidemii w związku z wszawicą panującą w więzieniu, brakiem kąpieli, mydła, izby chorych i izolacji. Martin przedstawił dra Garbienia drowi Roupertowi z nadrzędnych niemieckich władz sanitarnych, a ten zapewnił że postara się poprawić opiekę zdrowotną w więzieniu Montelupich.
Wkrótce Martin zezwolił na zmodyfikowanie dotychczasowego, skromnego ambulatorium oraz na urządzenie izby chorych z 11 łóżkami męskimi na Montelupich i 5 łóżkami kobiecymi w budynku przy ul. Helclów. Już w lipcu 1941 r. ambulatorium miało spore wyposażenie (materiały i instrumenty), pozwalające na wykonywanie małej chirurgii, zabiegów dentystycznych i laryngologicznych. Martin zgodził się, by PCK wyposażył ambulatorium i izbę chorych, dając sterylizatory elektryczne, prymusy, puszki na gazę, kompresy operacyjne, rękawiczki oraz niezbędne leki, nawet przeciw gruźlicy i chorobom wenerycznym, a także łóżka, pościel i koce.
Lekarz w ambulatorium mógł nawet zapisywać na recepty lekarstwa złożone dla chorych, diety, a nawet, w wyjątkowych wypadkach, wino czerwone dla więźniów leżących w izbie chorych. W miarę rozwoju pracy w ambulatorium dr Grabień wypracował swój autorytet wśród strażników i zarządu więzienia do tego stopnia, że jego zarządzenia były respektowane. Na przykład więźniowie częściej trafiali do szpitali krakowskich dzięki zleceniom ambulatoryjnym niż uprzednio. Zdarzały się jednak wypadki, w których nawet interwencja i rozkazy lekarzy niemieckich, jak np. Früsdorfa, czy Bruckhofa, nie były przez gestapo realizowane. Np. ciężko chorzy więźniowie, Niewiadomski, czy Münnich musieli wówczas konać w lochach Montelupich, nie otrzymując pomocy ani ambulatoryjnej, ani szpitalnej.
Dr Garbień w swoich notatkach wspomnieniowych pisze między innymi:
„Siedziałem na Montelupich w Krakowie podobnie jak dziesiątki tysięcy innych rodaków. Przeżywałem swoją dolę w więzieniu niemieckim raz spokojnie, pełniąc czynności lekarza więziennego, udzielając pomocy lekarskiej wielu, wielu potrzebującym, a drugi raz mniej spokojnie, przechodząc bicia solidne, ciemnicę i siedem tygodni w kajdanach, jak zwyczajny bandyta. Oprócz czynności lekarskich spełniałem, jak mogłem, także obowiązku obywatelskie wobec współtowarzyszy dzielących ze mną dolę więzienną. Leczyłem i udzielałem porad lekarskich także Niemcom – więźniom i Niemcom wolnym (z Pomorskiej) oraz ich rodzinom.
Przechodziłem w więzieniu różne trzy okresy, wcale do siebie nie podobne, wszystkie zależne od kaprysów i czujności esesmanów, często zmieniających się w służbie więziennej, a w części zależne od mniej lub bardziej dobrego sprawowania się więźnia – lekarza.
Do pierwszego okresu wypadnie zaliczyć względnie spokojne przesłuchania, przeniesienie do celi roboczej, zlecenie prowadzenia ambulatorium, przyjmowanie tam chorych, odwiedzanie chorych w celach na Montelupich i przy ul. Helclów, częste rozmowy z komendantem więzienia, Martinem z Drezna (…). Z chwilą wejścia do celi roboczej zaczęło się rozglądanie w możliwościach więziennych. Pierwszą moją czynnością było nawiązanie kontaktu z PCK i RGO (…). Stykałem się często z Klemensiewiczem i Zazulową, w krótkich, niemal sekundy trwających rozmowach dowiadywali się oni o wszelkich naszych potrzebach, zachowując zawsze pozory obojętności wobec licznych, obecnych strażników. Ileż to razy słyszałem grzmiące słowa Czai Sandera (podoficera gestapo), że jutro obiadu nie będzie, o ile Partonat nie przywiezie na cały stan więźniów ziemniaków, mąki, kapusty, tłuszczu. Produktów dostarczano zawsze na czas.
PCK uzupełniał przesyłki Patronatu, dostarczając środków lekarskich, tj. dużej ilości glukozy, wapnia, witamin, materiałów opatrunkowych (…), płynów dezynfekcyjnych itp. Dostarczone wyposażenie pozwoliło na wykonywanie małej chirurgii, plastyk skórnych, usuwanie chorych zębów i ciał obcych, leczenie chorób wewnętrznych i niesienie pierwszej pomocy.
Muszę podkreślić, że więźniowie – Niemcy, cała straż więzienna, a w wielu wypadkach gestapowcy z Pomorskiej korzystali pełnymi garściami z dostaw Partronatu, bezwstydnie, jak gdyby im się to należało. Bezczelność ich posuwała się nawet do różnych zamówień w Partonacie. Otrzymywali żądane prezenty w rozmaitych postaciach, za co jednak musieli się godzić na dostarczanie więźniom większej niż zwykle liczby paczek (…).
Ileż to razy więźniowie (cywilni Niemcy) mówili mi w ambulatorium podczas konsultacji lekarskiej : Ich schäme mich, Professor (jak mnie tam nazwyali), dass ich ein Deutscher bin (Wstydzę się, panie profesorze, że jestem Niemcem). Nie mogli się oni oswoić ze sposobem prowadzenie przesłuchań, z biciem rozlegającym się po całym budynku w czasie ciszy nocnej i z towarzyszącymi temu biciu krzykami. Ileż to razy dla wydobycia zeznań zabito na śmierć i nigdy nie uszanowano majestatu śmierci”.
Na tym urywają się notatki dra Garbienia. Można się tylko domyślać, że autor, zapowiadając opis drugiego i trzeciego okresu swego uwięzienia, miał na myśli nieudaną ucieczkę z więzienia, pobyt w bunkrze w kajdanach oraz powrót do czynności lekarza więziennego, ale z bardziej skrępowaną swobodą.
W czasie, gdy dr Garbień został przeniesiony do celi roboczej, zaczęła się jego najowocniejsza praca, polegająca na pomaganiu współwięźniom. Swoje umiejętności lekarskie, znajomość języka niemieckiego i wyjątkową pozycję w więzieniu wyzyskiwał, by nieść fachową pomoc chorym więźniarkom i więźniom, wszelkimi sposobami podtrzymywać ich psychicznie, krzyżować plany gestapo z związku ze śledztwami, zapobiegać dalszym aresztowaniom, a w konsekwencji – torturowaniu. Umiał to robić zręcznie, sprawnie i niepostrzeżenie. Kiedyś w środowisku „Pogoni” określano, że największą umiejętnością Garbienia było „kiwanie przeciwnika”.
Teraz w więzieniu, jego poczynania były też zaskakujące. Ratował więźniów, zakładając im np. gips na zdrowe nogi, wstrzykiwał lekarstwa, by wywołać gorączkę, a dzięki temu odsunąć termin przesłuchania i bicia; jeśli tylko mógł, kładł najbardziej zagrożonych i wyczerpanych w izbie chorych, ułatwiał kontaktowanie się więźniów i uzgadnianie zeznań mimo wielkiego ryzyka; w czasie wprowadzonych przez siei „lekarskich obchodów” po celach przekazywał wiadomości ustne lub „grypsy”, przydatne przed przesłuchaniami. Wytwarzał w całym więzieniu atmosferę solidarności, koleżeńskości, przyjaźni, uczynności.
Dowodem możliwości, jakie dr Garbień wyrobił sobie w więzieniu Montelupich, może być fakt, iż żona doręczała mu bezpośrednio paczki żywnościowe w kancelarii więziennej. Wtedy też najczęściej, za jej pośrednictwem, przemycał wiadomości ustne i „grypsy” od więźniów do rodzin i organizacji w mieście. Umiał wraz z żoną korzystać z nieuwagi strażników. Żona skrycie wręczała mu informacje, „grypsy”, czasem pieniądze od rodzin dla więźniów.
Z żoną dra Grabienia przychodziły odwiedzać ojca dwie córeczki (dziś Anna Tabiaszewska – Snopczyńska i Alicja Łazowska). Matka w domu nauczył obie dziewczynki, że po przyjściu do więziennej kancelarii i po przywitaniu się z ojcem mają wkrótce sprzeczać się między sobą i wzniecać hałas, by odwrócić uwagę pilnujących gestapowców od dra Grabienia i jego żony. Przy serdecznym przywitaniu z mężem, żona obejmowała go za szyję i całowała, wręczając mu jednocześnie „grypsy” bądź pieniądze lub szepczące wiadomości. „Grypsy” dzięki pośrednictwu dra Garbienia otrzymywali między innymi Helena Hoffmann, Stefan Mayer, Jan Mayer, Jan Reyman, Wanda Marokini, Janina Tolik. Wiadomości tak przemycone wydatnie pomogły aresztowanym, ułatwiając im obronę w śledztwie. Dr Garbień ratował również więźniów od transportów wychodzących do obozów. Tak np. pomógł Zofii Kurdziel i ochronił ją przed wywiezieniem do Ravensbrück, wstrzyknąwszy jej domięśniowo ampułkę mleka, której dostarczył Pochop, gestapowiec czeskiego pochodzenia. Kurdziel dzięki temu zabiegowi dostała wysokiej gorączki, była jakiś czas chora, a po kilku miesiącach zwolniono ją z Montelupich.
Czułą opieką dr Garbień otoczył młodego, bohaterskiego Jurka Karwata, do którego dotarł pod pozorem dokonania przeglądu cel i ciemnic. Więzień ten, licealista krakowski, członek Związku Odwetu (pseudonim „Kazimierz Kryński”), został zaskoczony przez gestapo w mieszkaniu rodziców przy ul. Rymarskiej w Krakowie 21 maja 1941 r. Był tam tartak ojca; w zakamarkach znajdowała się broń; magazyn ten należał do oddziału dywersyjnego. Obudzony przez matkę, Karwat bronił się, strzelając do gestapowców, dzięki czemu udało mu się uciec. Po długiej wędrówce znalazł się na Słowacji, zdecydował się jednak na powrót do kraju, ostrzelał w drodze powrotnej straż słowacką, a nie mogąc znaleźć stosownego schronienia w Krakowie, ukrywał się w grotach Ojcowa. Tam został aresztowany. Wówczas jego ojciec był już więźniem oświęcimskim, a matkę więziono na Montelupich. Po śledztwie w siedzibie gestapo przy ul. Pomorskiej skonfrontowano Karwata z matką, przywożąc go na Montelupich.
Zakutego w kajdany, osadzono go w celi nr 111, w której znajdował się ponadto antyfaszysta Wit Fritz. Pewnej nocy zdecydowali się oni na ucieczkę z więzienia. Obu więźniom udało się rozkuć kajdany, wyłamać kratę i zsunąć się po prześcieradle. Następnie przez hałdę węgla usiłowali sforsować mur więzienny. Udało się to Fritzowi, natomiast Karwat skręcił nogę podczas skoku. Schwytano go, zbito, skuto łańcuchami, masakrowano go, rozkrzyżowanego na kracie korytarza i w końcu wrzucono do ciemnicy.
Po kilku dniach przebywania Karwata w ciemnicy nr 117 udało się matce, Paulinie Karwat, osobiście dotrzeć do syna, przebywać z nim w jednej celi i zajmować się nim. Według jej relacji „Jerzy był skuty łańcuchami, których końce były przytwierdzone do ściany i podłogi. Był straszliwie skatowany i głodny. Prosiłam bezskutecznie o pomoc lekarską dla niego. Pewnego dnia, po rannym apelu i obchodzie wszystkich cel przez komendanta Martina strażnik otworzył drzwi ciemnicy i wszedł do niej dr Garbień w białym kitlu. Znałam go z uprzednich opowiadań w naszej celi nr 52. Wiedziałam o jego dużej pomocy dla więźniów. Garbień zbadał nogę Jurka i powiedział, że kości zrastają się dobrze i że będzie miał tylko trudności w szybkim chodzeniu. Potem szeptem udzielił mu informacji o kolegach Jurka, z którymi jako lekarz kontaktował się w ambulatorium. Odsunęłam się pod drzwi celi, aby ich nie krępować. Po odejściu dra Garbienia Jerzy poinformował mnie, że prawdopodobnie będzie dodatkowo przesłuchiwany przez gestapo, gdyż jest nowa „wsypa”. Rzeczywiście po dwóch dniach weszło do ciemnicy trzech gestapowców, którzy zwrócili się do syna z zapytaniem, którą to dzielnicę Krakowa nazywają w sztabie ZWZ „czerwoną”. Jerzy uniósł się na łokciu i popatrzył na nich oczami, w których nie widać było białek, tylko krew i powiedział wolno, z kpiącym uśmieszkiem: „Skopaliście mnie, waliliście deskami po głowie, wskutek czego straciłem całkowicie pamięć, nawet nie wiem, kiedy jest dzień a kiedy noc”. Gestapowcy przez chwilę skonsternowani, chcieli dowiedzieć się ode mnie, co to za dzielnica, lecz z mojej postawy wywnioskowali, że tego wyjaśnienia nie wydobędą. Po ich odejściu Jerzy miał sporo uciechy, że gestapowcy odeszli z kwitkiem. Na drugi dzień dr Garbień przesłał nam tabletki na sen, a potem podał tabliczkę czekolady przez strażnika. Czasem docierały do nas pomidory lub pajdka chleba. Wprost z ciemnicy dołączono mnie do transportu idącego do obozu Ravensbrück. Wychodząc spotkałam w korytarzu dra Garbienia; miał łzy w oczach, gdy prosiłam go o opiekę nad synem. Przyrzekł mi ją; (…) dzięki temu nie poddałam się załamaniu i rozpaczy. Syn mój przebywał w ciemnicy jeszcze 10 dni po moim wyjeździe do Ravensbrück. 22 września 1941 r. wywieziono go do Oświęcimia i umieszczono w bloku śmierci, gdzie rozstrzelano go na dziedzińcu 15 października 1941 roku”.
Spośród więźniów politycznych, którzy współpracowali z Garbieniem w ambulatorium i w izbie chorych można wymienić Aleksandra Bugajskiego (pseudonim „Halny”), Stanisława Kowalczyka (pseudonim „Kazimierz”) i Zygmunta Ziembickiego. Z tą dobraną grupą kolegów Garbień docierał do cel, podrzucając informację, a nawet „grypsy” na temat śledztwa, żywności, lekarstwa, papierosy. Do izby chorych dość często trafiali więźniowie, którzy pragnęli wstępnie, przed śledztwem, uzgodnić swoje wiadomości. Czasami Garbieniowi udawało się wyciągnąć z cel więźniów pod pozorem choroby. Tutaj otrzymywali oni lekarstwa, środki wzmacniające, czasem znieczulające, a także lepsze wyżywienie. „Dietetycznym” gotowaniem dla więźniów leżących w izbie chorych zajmował się specjalnie Stanisław Kowalczyk (pseudonim „Kazimierz”). Patronat więzienny dostarczał Garbieniowi specjalnych odżywek, jak owomaltina, tran, skondensowane mleko, witaminy, zastrzyku wątrobowe itp.
W czasie swojego pobytu na Montelupich dr Garbień zetknął się z innymi znajomym mistrzem piłki nożnej, tj. z drem Janem Reymanem, który został aresztowany wraz z grupą ZWZ Jana Cichockiego. Garbień odszukał go w celi, dostarczał mu papierosów, tranu i chleba oraz udzielał mu koniecznych wiadomości na temat toczonego się śledztwa. Zdołał nawet pożegnać Reymana, wyjeżdżającego do obozu w Oświęcimiu.
Eugenia Byczkowska, aresztowana w lipcu 1941 r. i osadzona na Montelupich, zapamiętała fachową i życzliwą pomoc dra Garbienia, który udzielił jej więźniarce Karolinie Veid z Dębicy. Leżał ona w celi na brzuchu, a z poranionych pośladków ciekła jej bez przerwy ropa i krew. Były to skutki śledztwa w gestapo.
Dr Garbień skierował do szpitala kobiety – więźniarki z zaawansowaną ciążą na poród, ale czasami pod pozorem ciąży i jej powikłań udawało mu się usunąć z Montelupich niektóre konspiratorki, obawiające się skutków przyszłych konfrontacji.
Elżbieta Orkanowa, więziona na Montelupich od 21 kwietnia 1941 r. do 11 września 1941 r. w celi parterowej nr 55, gdzie przebywały 32 więźniarki, przypomina sobie, jak pewnego dnia wezwano tam do chorej dra Garbienia. Wszedł razem z klucznikiem – Ukraińcem, który poganiał doktora swoim „schneller, aber scheller!” i wywijał groźnie kluczem. Garbień spokojnie zbadał chorą, schował do kieszeni sprytnie podrzucone „grypsy”, odpowiedział szeptem zadane pytania, odebrał ustne polecenia. Gdy 11 września 1941 r. więźniarki odjeżdżały do Ravensbrück, dr Garbień przyniósł im na drogę duże ilości waty, ligniny, bandaży, aspiryny, tranu. Więźniarki obejmowały go i żegnały płaczem.
Dr Garbień potrafił dotrzeć także do zakutego w kajdany kpt. Józefa Prusa (pseudonim „Adolf”), którego po niezwykle ciężkich torturach zamknięto w ciemnej komórce, przybudowanej do gmachu więziennego. Był on nieludzko wyniszczony, zarośnięty i brudny. Traktowano go jak psa podwórzowego.
Antonina Piątkowska pamięta tortury, jakim został poddany więzień Robak, przywieziony latem 1941 r. wraz z grupą kolegów z Miechowskiego. Powieszono go na kracie i bito. Za wstawiennictwem dra Garbienia torturę tę przerwano, interweniował bowiem w chwili, gdy gestapowcy byli w dobrym humorze.
Do pobitej w czasie śledztwa Marii Gątkiewicz, rzuconej do celi nr 40 w budynku przy ul. Helclów, w dniu 30 listopada 1941 r. koleżanki wezwały dra Garbienia. Ten opatrzył jej rany, przyniósł okłady, gazę, pastylki i polecił towarzyszkom opiekę nad chorą. Pocieszał ją, jak mógł. Gątkiewicz zapamiętała jego słowa: „Ja też byłem tak pobity. Pani wyzdrowieje i wszystko się zagoi”. Po kilku dniach znów ją opatrzył w ambulatorium.
Dr Zygmunt Rogowski, adwokat, był więźniem Montelupich od jesieni 1941 r. W czasie jednej z wizyt w tzw. Krankenzimmer (izbie chorych) dr Garbień w sposób niezwykle pomysłowy poinformował go o ważnej sprawie związanej ze śledztwem. Chodziło o aresztowanie najbliższego członka dra Rogowskiego. W obecności czujnej asysty gestapowca dr Garbień podał Rogowskiemu we flaszce jakieś obojętne lekarstwo. Na etykiecie butelki dopisał imię i datę aresztowania członka rodziny. Pozostałych informacji udzielił w języku łacińskim. Z drem Garbieniem nie wolno było rozmawiać po polsku. Dr Rogowski pamięta również, że Garbień umieszczał w izbie chorych słabszych więźniów w celu zregenerowania zdrowia. Na położenie więźnia w Krankenzimmer musiało wyrazić zgodę gestapo. Przyjęcie do izby chorych uzasadniał fikcyjną chorobą.
Stefania Herzog, która wraz z 70 – letnią matką, Józefą Bednarską, była zamknięta na Montelupich, pamięta, jak troskliwie dr Garbień opiekował się staruszką. Wyrobił jej nawet zezwolenie na dostarczanie mleka z miasta i przynosił tran. W tej samej celi więziono ciężko chorą Eugenię Hoffman. Z powodu ostrego procesu płucnego miała ona być zwolniona z więzienia. Dr Garbień leczył ją i pocieszał. Czekająca na zwolnienie Hoffmann zdecydowała się na przemycenie większej liczby „grypsów”, które zamierzała rozprowadzić w mieście dla adresatów. Przypięła ja sobie na biuście, na wewnętrznej stronie sukni. Gdy pewnego razu nastąpiła u niej zapaść, przybiegł do celi dr Garbień wraz z gestapowcem. Tylko przytomność umysłu doktora ocaliła więźniarki w celi od ogólnej „wsypy”. Garbień, nachylając się nad chorą, zauważył „grypsy”; w tej samej chwili wstał, polecił Stefanii Herzog „przygotować chorą do badania”, a sam z gestapowcem poszedł w kąt celi. Po zwolnieniu Hoffmann oddała „grypsy”, a ciężka choroba zakończyła się u niej wkrótce śmiercią.
Pomoc dra Garbienia pamięta również Antonina Piątkowska. W czasie jej dwutygodniowego pobytu w ciemnicy dr Garbień dostarczył jej tam pół litra owomaltyny, a po odbyciu kary podał Piątkowskiej już w izbie chorych serię zastrzyków wątrobowych, które uzyskał w RGO. Gdy Piątkowska wyjeżdżała transportem do Oświęcimia, Garbień wręczył jej pudełko pomadek, które uratowało ją na początku pobytu w obozie od kąpielowych szykan, okazało się bowiem skuteczną łapówką.
Dr Garbień pozyskał sobie gestapowca Bautza, przez którego podrzucał głodującym więźniom „zorganizowane” paczki żywnościowe.
Więźniarka Montelupich, Genowefa Ułan, „ta z Burgstrase”, jak ją nazywali gestapowcy, była podejrzana o dostarczenie trucizny polskim oficerom więzionym na Montelupich. W sierpniu 1941 r. została osadzona w ciemnicy, gdzie poza cieknącym kubłem nie było niczego. Odmówiono jej siennika, koca, łyżki, grzebienia, wody. W nieleczonym zębie wytworzył się ropień z zapaleniem okostnej. Ropień przebiła sama zardzewiałą agrafką. Okno ciemnicy było zabite blachą, w dzień było więc gorąco, a w nocy panował chłód. Te zmiany temperatury miały wyzwolić u Genowefy Ułan bolesne i ostre zapalenie stawów. Dr Garbień mimo oficjalnego zakazu władz zaopiekował się chorą. Potajemnie dostarczał jej krople na serce; podrzucał „kogutki” (proszki przeciwbólowe w podłużnym opakowaniu, z podobizną koguta). Gdy ropień rozwinął się i chora z trudem otwierała usta, Garbień przemycał jej miąższ chlebowy, każąć go ssać.
Pewnego dnia wprowadzono do ciemnicy, w której więziono Ułan, prostytutki i umysłowo chorą kobietę. Jedna z prostytutek ukradła Ułan buteleczkę z lekarstwem, przemyconą przez dra Garbienia i wypiła całą jej zawartość. Gdy Ułan chciała wzywać pomocy, reszta więźniarek w celi zaprotestowała, aby przypadkiem w ten sposób nie zaszkodzić doktorowi. Dziewczynie nic się nie stało. Współpraca Genowefy Ułan z drem Garbieniem nawet po wyjściu z ciemnicy ułożyła się doskonale. Ułan była „skrzynką pocztową” dla „grypsów” pisanych w celi. Gdy już je zebrała, „mdlała”, a koleżanki przywoływały doktora. Ten klękał przy zemdlonej „badał” ją i w tym czasie odbierał „grypsy” lub ustne wiadomości.
Ułan pamięta, jak dr Garbień przychodził z pomocą torturowanej dziewczynie, której gestapowcy rozpalonymi obcęgami wyrywali ciało z piersi i pośladków. Podobno znaleziono u niej zaszyfrowane pismo, którego nie chciała odczytać. Głębokie blizny więźniarki oglądano później w Oświęcimiu – Brzezince.
W jednej celi zapanowało pewnego dnia oburzenie i napięcie, gdyż jedna z więźniarek zapotrzebowała przez RGO czarną, koronkową koszulę. Dr Garbień natychmiast rozładował sytuację, stwierdzając autorytatywnie, że jeśli jej ta koszula potrzebna jest do przetrwania, niech ją dostanie i w niej sypia. Napięcie w celi prysło; dr Garbień umiał wychowywać.
W czasie pobytu Ułan w ciemnicy dodatkową klęską były pluskwy. Nie pozwalały one jej zasnąć. Dr Garbień znalazł i na to radę; wyczarował pudełko z proszkiem owadobójczym. Pomogło. Pod koniec drugiego miesiąca pobytu w ciemnicy Ułan była u kresu wytrzymałości. Powiedziała o tym drowi Garbieniowi. Na drugi dzień doktor wrzucił jej do celi kłębek sznurka, mówiąc, żeby się nim zajęła. Początkowo myślała, że doktor z niej zakpił, zapłakała, uczuła gniew. Sznurka jednak nie wypuszczała z rąk, skręcając go i rozwijając. W ten sposób czas się wypełniał, kurczył, malał. Ułan zrozumiała intencję doktora.
Gdy pod koniec stycznia 1942 r. przywieziono Ułan po operacji wyrostka z powrotem do celi, poczuła się bardzo źle. Wezwano do niej dra Garbienia. Był to wkrótce po wypuszczeniu go z ciemnicy po nieudanej ucieczce. Przyszedł, wyglądał starszy o wiele lat, a jego niezawodne ręce chirurga drżały. Nie dysponował żadnymi lekarstwami, zlecił jej więc picie zimnej wody przed śniadaniem i więzienny chleb. Środki te pomogły.
Można by jeszcze podać liczne inne przypadki pomocy niesionej współwięźniom przez dra Garbienia. Wypada jednak opisać następnie najpoważniejsze wydarzenie, związane z jego przebywaniem w więzieniu Montelupich. W czasie swych ostatnich odwiedzin na Montelupich Halina Garbieniowa dowiedziała się z przerażeniem o zamierzonej przez niego ucieczce. Przygotowanie tego przedsięwzięcia był technicznie tym łatwiejsze, że Józef Garbień miał wszędzie życzliwych ludzi, zarówno wśród więźniów, jak i gestapowców. Miał także znaczną swobodę poruszania się w obrębie więzienia. Mógł za pomocą „grypsów” przygotować sobie zaplecze, by po ucieczce ukryć się, a następnie uciec za granicę (na Węgry). Ucieczka miała być zbiorowa. Jej trudny plan obmyślił wspólnie z pracującym wówczas u niego w ambulatorium więźniem – sanitariuszem Józefem Cyrankiewiczem. Prócz ich obydwu miał wziąć udział w tej ucieczce dr Emanuel Hałacz (lekarz pomagający Garbieniowi w ambulatorium) oraz komunista niemiecki, Karol Gut, zatrudniony tam jako więzień – laborant. Sylwetkom więźniów zamierzających ucieczkę warto poświęcić bliższą uwagę.
Józef Cyrankiewicz, kierownik podziemnej PPS w Krakowie, został aresztowany w dniu 19 kwietnia 1941 r. na jednym ze spotkań o charakterze informacyjno – wojskowo – politycznym. Miało się ono odbyć w Krakowie przy ul. Sławkowskiej 6. Gestapo które tam wkroczyło urządziło „kocioł” i zabierało wszystkich, którzy do tego mieszkania trafiali. Zatrzymano Cyrankiewicza, nie orientując się jednak, jaką rolę spełniał w podziemiu. Ułatwiło mu to obronę i możliwość dłuższego przebywania w więzieniu na Montelupich, przejścia do tzw. wolnej celi, uzyskania pracy mechanika w pralni, a następnie sanitariusza w ambulatorium więziennym u dra Garbienia. Wykonywanie tych czynności ułatwiało mu kontynuowanie konspiracji nawet na terenie więzienia. OKR PPS oraz rodzina Cyrankiewicza, a także żona dra Garbienia, Halina, przenosząca między innymi pieniądze i „grypsy”, robiły wszystko, by ułatwić mu kontakty, a następnie pomóc w ucieczce. Próba wykupienia więźnia za łapówki dawane gestapowcom nie udała się. Z Cyrankiewiczem kontaktowano się za pośrednictwem robotników budowlanych, którzy pracowali w obrębie więzienia. Po próbie nieudanej ucieczki gestapo przeprowadziło nieludzkie śledztwo, po którym Cyrankiewicz i dr Józef Garbień, zakuci w kajdany, trafili do „dunkla” ( z niemieckiego Dunkelzeller), tj. ciemnicy. Po kilkutygodniowym tam pobycie Cyrankiewicz wydostał się znów do normalnej celi; na początku września 1942 r. wywieziono go do Oświęcimia.
Dr med. Emanuel Hałacz, urodzony 28 września 1898 r. w Łazach na Śląsku cieszyńskim, ukończył gimnazjum w Orłowej. W tym okresie wyróżnił się aktywnością harcerską. Za pracę podczas plebiscytu w radzie narodowej w Cieszynie został przez czeskich ekstremistów aresztowany. Z powodu prześladowań wyjechał ze Śląska do Krakowa, gdzie ukończył wydział lekarski UJ. Promował się w r. 1926. Następnie pracował w Miejskich Zakładach Sanitarnych w Prądniku pod Krakowem. Przez dalsze 5 lat był asystentem oddziału chirurgicznego Spółki Brackiej w Chorzowie, a następnie kierownikiem szpitala sióstr boromeuszek w Mikołowie (od r. 1938). Jako prezes PCK, który założył 26 kół tej organizacji, został odznaczony Złotym Medalem PCK i Srebrnym Krzyżem Zasługi. Wraz z drem Haszkiem wydał podręcznik pt. „Pierwsza pomoc w nagłych przypadkach”. Po zajęciu Zaolzia wrócił w r. 1938 do Orłowej i zamierzał odbudować zaniedbany tam szpital. Przeszkodziła mu w tych planach wojna. Musiał uchodzić z tamtych stron. W czerwcu 1940 r. dr Hałacz wrócił wraz z rodziną z wojennej tułaczki do Krakowa. Przypadek zrządził, że spotkał w Krakowie swojego kolegę ze studiów, dra Gęźbę, który zaproponował mu pracę w swoim gabinecie lekarskim. Równocześnie dr Hałacz włączył się w pracę konspiracyjną i udzielał bezpłatnie porad lekarskich byłym żołnierzom i oficerom Wojska Polskiego. W maju 1941 r. dr. Gęźba został aresztowany razem ze swoim asystentem i osadzony na Montelupich. Po trzech miesiącach, tj. 1 sierpnia 1941 r., gestapo przyjechało w nocy i zabrało dra Hałacza na Montelupich. Żona nie była poinformowana o przyczynie aresztowania. Dowiedziała się tylko raz od Zygmunta Klemensiewicza, że widział on jej męża na Montelupich w białym kitlu. Był to początek września 1941 r. W pierwszych dniach października tegoż roku żona dra Hałacza otrzymała polecenie przez konfidenta, aby zgłosiła się w gestapo przy ul. Pomorskiej. Tam przyjęło ją dwóch oficerów i ów konfident – tłumacz. Pytano ją, czy mąż chorował na serce, czy dostała od niego „gryps” z prośbą o nadesłanie pieniędzy. Gestapowcy po otrzymaniu negatywnych odpowiedzi i zapewnieniu, że poza prowadzeniem gospodarstwa i wychowaniem trojga nieletnich dzieci niczym się nie zajmuje, powiadomili ją urzędowo, że mąż umarł na serce i oddali jej jego płaszcz, pasek i chusteczkę. Urzędowego poświadczenia zgonu nie mogła otrzymać z dyrekcji policji. Dopiero od dra Garbienia dowiedziała się o nieudanej ucieczce męża, mękach, katuszach i ostatecznym zastrzeleniu go w celi. Znęcanie się nad Hałaczem widziała więźniarka – Rumunka, prowadząca na Montelupich kantynę. Nie znaleziono po wojnie żadnych zapisków o sekcji zwłok dra Hałacza, którą podobno przeprowadzono w Zakładzie Medycyny Sądowej w Krakowie przy ul. Grzegórzeckiej 16. Dokument z tym związany miał jako kompromitujący zabrać niemiecki kierownik tego zakładu, Beck, podczas ucieczki do Rzeszy. Nie natrafiono również na ślady w kancelarii Cmentarza Rakowickiego w Krakowie; zwłoki więźniów, przywożone tam z Montelupich, były bowiem grzebane jako N. N.
Na podstawie zebranego materiału ustalono, że więzień Karl Gut miał być komunistą niemieckim. Był on przydzielony przez gestapo do ambulatorium do pomocy drowi Garbieniowi. Miał go równocześnie kontrolować. Gut jako Niemiec cieszył się zaufaniem gestapo i był wypuszczany na zewnątrz więzienia, do miasta, w celu załatwienia drobnych zakupów. Miał być szczerym przyjacielem więźniów – Polaków. Pomagał im w różnej formie. Cyrankiewicz i Garbień pozyskali go dla swojego planu ucieczki.
Jednym z zadań Karola Guta było przeniesienie „grypsu” z planem ucieczki do punktu organizacyjnego PPS. W czasie wyjścia do miasta Gut został zatrzymany przez gestapowców i zrewidowany. „Gryps” znaleziono, a w nim datę i godzinę zamierzonej ucieczki oraz nazwiska uciekających. Organizacja PPS miała przygotować ubrania i środki przewiezienia uciekających. „Gryps” był zaszyty w pasku Karola Guta. Gestapo poleciło mu oddać jednak „gryps” w punkcie kontaktowym, aby ułatwić rozpoznanie sieci organizacyjnej. Nie przewidziano jednak, że równocześnie z wpadką Guta zostało zaalarmowane PPS (Adam Rysiewicz, Helena Szlapak, Teresa Lasocka i inni członkowie OKR PPS). Wydano polecenie natychmiastowego przerwania łączności z Montelupich. Gut załamał się i po zagrożeniu przez gestapo nie przyznał się po powrocie do więzienia kolegom – więźniom o zaistniałej „wsypie”. Według niesprawdzonej wersji gestapo zastrzeliło Guta podczas dalszego śledztwa. Warto dodać, że niektórzy podają, iż był on nie Niemcem, ale Belgiem, iż poszedł do restauracji Bisanza, gdzie natknął się na kontrolę Wehrmachtu, tam miał podać się za lekarza więzienia Montelupich, lecz nie miał żadnych dokumentów; dokonano rewizji, znaleziono „gryps” i odesłano zaaresztowanego do siedziby gestapo przy ul. Pomorskiej. Podczas jego przesłuchania gestapo wydało polecenie zakucia Cyrankiewicza, Garbienia i Hałacza. Janina Kubacka podaje jeszcze inną wersję, mianowicie, że Gut, Niemiec czy Belg, mówił po francusku, że wychodził w krytycznym dniu do dentysty i został przez gestapo schwytany i zrewidowany.
Maria Gontarska spotkała owego dnia skutych Hałacza, Garbienia i Cyrankiewicza, gdy szli przez korytarz na przesłuchanie. Ostatni szedł dr Garbień. Zatrzymał się przy Gontarskiej i żegnając się, prosił ją, by jeśli wyjdzie z więzienia, zaopiekowała się jego żoną i córkami. Klucznik Lukas, który odprowadzał niefortunnych uciekinierów, szepnął: „My wszyscy odmówiliśmy bicia doktora”. I rzeczywiście, torturowali go gestapowcy z Pomorskiej.
Wiadomość o nieudanej ucieczce i represjach zastosowanych wobec schwytanych obiegła natychmiast męskie i kobiece cele. Rozpoczęły się komentarze, opowiadania, płacz i modły. Ateistki milcząco towarzyszyły gronu modlących się.
Garbień i Cyrankiewicz, bestialsko zbici i zakuci w kajdany, zostali wrzuceni do ciemnicy gdzie w bardzo trudnych warunkach, w wilgoci, przetrwali okres 7 tygodni. Wskutek interwencji straży więziennej, komendanta Martina i jego zastępcy Schmidta, uzyskano z gestapo przy ul. Pomorskiej zezwolenie na powrót dra Garbienia do tzw. wolnej celi. Aż do zwolnienia z więzienia pełnił on czynności lekarza w ambulatorium. Cyrankiewicz trafił do normalnej celi, nie otrzymując żadnej funkcji. Stefan Rzeźnik, ówczesny działacz podziemia PPS, próbując wyjaśnić, dlaczego dr Garbień, wielki patriota i osobisty przyjaciel Cyrankiewicza, zdecydował się na wspólną ucieczkę, mając zapewnienie gestapo, że zostanie wkrótce zwolniony z więzienia. Według domysłów Rzeźnika Garbień nie wierzył gestapowskiemu przyrzeczeniu oraz nie chciał odradzać Cyrankiewiczowi ucieczki, gdyż wiedział, że w inny sposób nie odzyska on wolności. Ponieważ Garbień był człowiekiem odważnym i zdolnym do wielkich poświęceń, wyraził gotowość wspólnej ucieczki. Obecność dra Garbienia wśród uciekających niewątpliwie uratowała życie Cyrankiewiczowi.
Po wyjściu z ciemnicy do tzw. wolnej celi i po podjęciu pracy w ambulatorium dr Garbień nie zmienił swojej postawy, leczył, informował, konspirował. Wobec gestapowców nie krył, co myśli o ich postępowaniu wobec Polaków. Za tę jego odwagę mieli dla niego szacunek. Poza tym był im potrzebny jako doskonały lekarz, do którego wiedzy i umiejętności mieli bezwzględne zaufanie.
Dnia 16 maja 1942 r. zwolniono dra Garbienia wraz z drem Łazarskim, Więckowskim i Kubacką. Dr Garbień sprowadził pod więzienie cztery dorożki i każdy ze zwolnionych więźniów pojechał do domu. Po wyjściu z więzienia i po kilkutygodniowym odpoczynku już w czerwcu 1942 r. dr Garbień został zaprzysiężony jako lekarz AK; podjął też pracę w krakowskiej Ubezpieczalni Społecznej. Pracował tam jako tzw. lekarz domowy. Chętnie rozmawiał z ludźmi zwalnianymi z więzienia Montelupich. Uczestniczył w życiu towarzyskim, grał w brydża. W swej działalności konspiracyjnej wydawał fałszywe zaświadczenia lekarskie, chroniąc ludzi przed robotami w Rzeszy, czy wyjazdami „na okopy”.
Dr Garbień oraz zwolnione z Montelupich w lutym 1942 r. Maria i Irena Gontarskie zorganizowały stały kontakt z więzieniem. Posługiwali się przy tym jako pośrednikami w przenoszeniu wiadomości i paczek dla więźniów strażnikami gestapowskimi, Lukasem, Bautzem i Friedrichem. Ten ostatni gestapowiec był uprzednio karnie wysłany na front wschodni, gdzie stracił nogę. Z frontu przyjechał do Krakowa i został przydzielony do służby na gestapo przy ul. Pomorskiej. Po objęciu tej funkcji bywał w domu Gontarskich i tam opowiadał o przeżyciach frontowych. Wpłynęły one na zmianę jego postawy wobec Polaków. Friedrich bez osłonek proponował Gontarskim pośrednictwo w niesieniu pomocy aresztowanym. Gontarska skontaktowała go z drem Garbieniem i wspólnie tę drogę wyzyskiwano.
Już wkrótce po zwolnieniu z więzienia dr Garbień kilkakrotnie wyjeżdżał z Krakowa i udzielał pomocy chirurgicznej rannym partyzantom, kryjącym się po lasach. Jako szef sanitarny Okręgu Śląskiego AK pełnił podczas okupacji raczej funkcję teoretyczną. Jego zadaniem było przygotowanie baz szpitalnych dla potrzeb walki na czas wybuchu powstania (godzina „W”) we wschodnich inspektoratach Okręgu. Miał przewidzieć ewentualną obsadę lekarską i zespoły chirurgiczne, które planowano włączyć do walczących oddziałów. Między innymi mianował szefów inspektoratu sosnowieckiego, doktorów Stocha i Sokołowskiego. Na Śląsku ściśle współpracował z Antonim Siemiginowskim z Katowic, który prowadził wywiad dla AK, natomiast w Krakowie z Adamem Rysiewiczem, Teresą Lasocką (obecnie Estericherową), dr Heleną Szlapak i drem Marianem Ciećkiewiczem.
U siebie w domu przy ul. Karmelickiej wycinał tatuowane numery z rąk uciekinierów oświęcimskich i dokonywał w tych miejscach plastycznej operacji skóry.
Po przeżyciach więziennych dr Garbień często chorował. Pobyt w wilgotnej celi wyzwolił zapalenie stawów, a następnie rozwinął się przewlekły, postępujący i deformujący gościec. Zniekształciły się i obrzękły palce u rąk.
W grudniu 1944 r. dr Garbień jeszcze raz przeszedł trudny okres, gdyż znów zagrożony aresztowaniem musiał opuścić mieszkanie i ukrył się w klasztorze ojców paulinów na Skałce w Krakowie. Nie trwało to długo, ponieważ 18 stycznia 1945 r. Kraków został wyzwolony.
W r. 1945 dr Garbień jako akowiec ujawnił się i otrzymał awans na podpułkownika oraz Złoty Krzyż Zasługi I klasy z Mieczami. Był już wtedy dyrektorem szpitala w Chorzowie.
W r. 1946 odbył się w Gliwicach mecz piłki nożnej, w którym wzięli udział byli reprezentanci Polski z Krakowa i Lwowa. Było to spotkanie starych rywali. W gliwickiej drużynie zagrała świetna ongiś trójka ataku, Bacz, Kuchar i Garbień, a cały zespół składał się z byłych asów polskiego piłkarstwa. Zwyciężyła drużyna krakowska. Celem spotkania było także zgromadzenie sportowców, którym udało się przeżyć okres walki przeciw okupantowi, a którzy wspólnie pracowali w konspiracji, cierpieli w więzieniach i w obozach koncentracyjnych.
Praca dyrektora, a równocześnie chirurga, dra Józefa Garbienia w Szpitalu Ubezpieczalni Społecznej w Chorzowie była bardzo wytężająca. Sam oddział chirurgiczny liczył 120 łóżek. Ordynator miał do pomocy jednego asystenta (dra Marcelego Majkowskiego). Przez okres trzech lat ci dwaj lekarze pełnili w oddziale trwały, ostry dyżur. Dr Garbień przystosował się do tych trudnych warunków doskonale. Prawie nie miał czasu na spanie. Uczył przykładem, tym bardziej że w tym okresie podręczników nie było. Umiał zdobywać wyposażenie szpitalne po spustoszeniach wojennych. Zwracał baczną uwagę na czystość, aseptykę i krótką, lecz dokładną, rzeczową dokumentację. Gdy operował, mówił, że odpoczywa po uciążliwej administracji. Był elegancki w technice operacyjnej. Dokładnie opanowywał krwawienie; wielokrotnie kontrolował po każdym etapie pole operacyjne; delikatnie obchodził się z tkanką; dbał o czystość, aseptykę i skupienie uwagi przy stole operacyjnym.
Znalazł także czas, by opracować artykuły chirurgiczne. W „Przeglądzie Chirurgicznym” opublikował siedem artykułów, powiększając swój dotychczasowy dorobek naukowy.
Utrzymywał zażyte stosunki ze swoim bratem, lekarzem w Cieszynie. Prowadzili często rozmowy lekarskie; jeden dla drugiego był nauczycielem. Chętnie kibicował na imprezach sportowych, czasem grał w tenisa.
Ostatnią operację wykonał w r. 1948, operując syna dra Majkowskiego. Operacja ta sprawiła duży ból drowi Garbieniowi i wyczerpała go. Coraz dotkliwiej bowiem dawał mu się we znaki postępujący i unieruchamiający jego palce gościec stawowy. W r. 1949 zrezygnował ze stanowiska dyrektora Szpitala w Chrzanowie i zaniechał czynności operatora. Objął posadę lekarza Huty „Kościuszko” i tę placówkę prowadził do końca życia. Wówczas choroba zmuszała dr Garbienia do częstego leczenie się w szpitalach. Zmarł 3 maja 1954 r., przebywając u swojego brata w Cieszynie. Bezpośrednią przyczyną śmierci był zakrzep tętnic mózgowych. Zwłoki dra Garbienia pochowano w Chorzowie, a jego pogrzeb był masową demonstracją społeczeństwa. Jednak w roku 2014 dokonano jego ekshumacji i przeniesiono jego szczątki na Cmentarz Wojskowy na Powiązkach w Warszawie (kwatera G. rząd pod murem grób 31).
W związku z biografią dra Garbienia ukazano niektóre charakterystyczne epizody z życia w więzieniu Montelupich w latach 1941 – 1942 zwłaszcza dotyczące pomocy i działalności konspiracyjnej. Epizody te oczywiście nie wyczerpują całej problematyki tego więzienia, która czeka na monograficzne opracowanie. (18 czerwca 1941 do 12 sierpnia 1941 r.) oraz uzyskanych relacji ustnych i pisemnych, z których autor korzystał; cennymi i źródłowymi informacjami służyli : Eugenia Byczkowska, dr Marian Ciećkiewicz, Halina Garbieniowa, Maria Gątkiewicz, Wanda Geidowd, Maria Gontarska, dr Edward Hanke, mgr Wincenty Hein, Stefania Herzog, gen. Zygmunt Walter Janke, dr Jerzy Jasiński, Katarzyna Kaletowa, Paulina Karwatowa, Janina Kubacka, Stanisława Kumala, Zofia Kurdziel, Irena z Gontarskich Larska, dr Marian Łazarski, dr Marceli Majkowski, Izabela Marcówna, Wanda Marokini, Zofia Meres, Wanda Mysłakowska, Elżbieta Orkanowa, Antonina Piątkowska, dr Jan Reyman, dr Zygmunt Rogowski, Stefan Rzeźnik, Antoni Siemiginowski, dr Helena Szlapak, Genowefa Ułan, Maria Zazulowa, Wanda Żak. Korzystano także z oryginalnych osobistych notatek i dokumentów dra Józefa Garbienia, udostępnionych przez jego żonę, z pamiątkowej księgi lwowskiej „Pogoni” za okres 1904 – 1939 oraz artykułów i notatek prasowych.
Stanisław Kłodziński były więzień obozu koncentracyjnego Oświęcim - Brzezinka nr 20019.
Przegląd Lekarski, R. XXVII, seria II, nr 1 (1971), s. 84.